W Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu trwa sezon monodramów i innych inscenizacyjnie skromnych form teatralnych. Oferta już teraz jest dość obfita i różnorodna, a na większość zaplanowanych wieczorów składają się od razu dwa takie spektakle. Grane są jeden po drugim i trwają zazwyczaj nie dłużej niż godzinę, więc zobaczyć oba, to żadne nadwyrężenie możliwości odbiorczych. Więcej, widzę tu zaproszenie do zestawienia ze sobą tych odrębnych i autonomicznych dzieł, do ujęcia ich razem i poszukania miejsc wspólnych, do „wsłuchania się” w toczony między nimi dialog. Albo też, jak w przypadku Ha(e)usera Iwanowa. Człowieka, który śpi do zastanowienia się nad tym, co i dlaczego w nich ewidentnie zgrzyta i zwyczajnie nie działa.

Zacznę od tego pierwszego w reżyserii i – co ważne podkreślić w przypadku przedstawienia na wpół tanecznego – choreografii Heleny Ganjalyan. Jak doczytałem w notce programowej, liczne kurtki zimowe, pełniące zarazem funkcje kostiumów, rekwizytów i elementów scenografii, miały symbolizować „zrzucenie skóry”, czytaj: pożegnanie ze starym życiem. Wschód zaś słońca, na który wszyscy czekają, był wschodem słońca Nowego Roku. Dowiedziałem się też, że chodziło o „introspektywną podróż, w której aktorzy-tancerze pytają o to, gdzie kończy i zaczyna się «ja», jak kończy się indywidualna historia”. Twórcy zaś, „aby jak najlepiej ukazać różne strategie adaptacji do zmian”, postanowili sięgnąć „po polifoniczną formę przedstawienia”. Dlatego, w ich przekonaniu, „pozornie odległe od siebie postacie splatają się we wspólnych wątkach i motywach”. Ładnie? Ano ładnie, jak to gładkie i mądre formułki, których można sobie nawymyślać, ile się żywnie podoba.

Tymczasem na Dużej Scenie zobaczyłem kilka postaci, o których nic właściwie nie wiem i niczego właściwie się nie dowiem. Nie dowiem się, gdzie się znajdują, w jaki sposób i po co tu się znaleźli. Przez następne trzy kwadranse będą wykonywać różne choreografie, przyjmować dziwaczne pozy, wykonywać tajemnicze gesty, zakładać i zdejmować wspomniane kurtki, tarzać się po podłodze, świecić komórkowymi latarkami, wchodzić/wychodzić lub wbiegać/wybiegać przez rozmieszczone na scenie przez scenografa Krystiana Szymczaka liczne drzwi. Od czasu do czasu będą też ze sobą rozmawiać. Rzucać jakieś poszczególne frazy i zdania, dopytywać się o godzinę i znikać po uzyskaniu odpowiedzi.

Główna bohaterka czy też bohater, bo płeć tu nie jest w zasadzie ważna, w wykonaniu Doroty Furmaniuk zje pałeczkami chiński makaron z kubeczka na wynos, bo umyślne „zjadane” głosek i samogłosek – mające, o ile rozumiem, zaznaczać nieporadność językową – jej głodu najwyraźniej nie zaspokoiło. Będzie też mnóstwo podkreślanych przez muzykę pauz, mających – znowu się domyślam – potęgować ogólną atmosferę zanurzenia w jakimś gęstym, niczym smoła, „bezczasie”. Zamiast Godota czeka się tu, jak wiemy z powyższych ustaleń, na wschód słońca Nowego Roku. Jak ów wschód słońca, choćby i Nowego Roku, ma zebranemu towarzystwu pomóc, tego już nie wiem i nie będę nawet na ten temat spekulował.

To, że twórcy – co wynika już z tytułu – odwołują się w tym przedstawieniu do postaci Kaspara Hausera, tajemniczej „sieroty Europy”, nie za wiele pomaga w zorientowaniu się w zasadach, które rządzą tak skleconym światem przedstawionym. Podobnie nie pomaga, a wręcz dezorientuje znajomość Iwanowa Antona Czechowa w przypadku Iwanowa. Człowieka, który śpi. Kolacja funeralna, na którą zaprasza nas w swym debiucie reżyserskim Małgorzata Maciejewska, którą z góry przepraszam za tych kilka krytycznych uwag, nie za wiele ma wspólnego ze sztuką sławnego klasyka. To dwa różne kosmosy i dwa różne teatry. Postać kreowana przez Piotra Mokrzyckiego, gdyby już z kimś z literatury rosyjskiej miała się kojarzyć – ale tylko kojarzyć – to raczej z Aleksiejem Kiriłłowym, starannie przygotowującym się do samobójstwa filozofem-nihilistą z Biesów Dostojewskiego. Tylko że zamknięty w dziwacznej, nieco klaustrofobicznej przestrzeni Iwanow-Mokrzycki zamiast bezlitośnie obnażać zawiłości pożałowania godnej kondycji ludzkiej, przez większość czasu zwyczajnie bredzi. Przestrzennie rozwodzi się nad menu dzisiejszego wieczoru, przestawia wypchane zwierzaki czy rozmawia z zamienioną w „hologram” Sarą. Wyświetlana na nagraniu Irena Sierakowska, ubrana na biało i z bujną roślinną koroną na głowie, to na raz duch umarłej żony, upostaciowiony wyrzut sumienia, wspomnienie, miraż… Nazywa Iwanowa, tego „nieuleczalnego konesera smutku, który zna wszystkie jego odcienie”, swoim „biednym stworzeniem” i uważa, że „jego bezwład jest nawet uroczy”.

Może dla niej, jako że coś z pewnością o nim i całej jego sytuacji wie. Bo my, jak i w Ha(e)userze, wiemy tyle co nic. Stąd prosta tego konsekwencja – wszystko, co na naszych oczach z takim oddaniem przeżywa, przeżywa, jak mawiał Stanisławski, „w ogóle”. Nie to, żeby sam Czechow dokładnie wyjaśniał powody dręczącej 35-letniego Iwanowa „toski”, bo umowna bezprzyczynowość jest głównym bodajże wyróżnikiem podobnego stanu, niemniej jednak potrafił sprawnie zarysować sieć wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Wpisać je w szerszą strukturę kontrapunktów, odcieni, kontekstów i podtekstów, którymi są między innymi starannie dobrane, soczyste postacie drugiego planu. Czechow ponadto trafnie i poniekąd proroczo portretuje zmierzch określonej epoki, przyglądając się krytycznym okiem, lecz nie bez troski i zrozumienia, figurom, które na dobrze zmiecie z szachownicy historii burza rewolucji bolszewickiej.

Twórcy wałbrzyskiego spektaklu natomiast najwyraźniej uznali, że współczesnej wrażliwości podobne wywarzenia, półtony i delikatne niedomówienia są po nic. Takie drobiazgi zostawmy naiwniakom i mięczakom z XIX wieku (sztuka napisana została w 1878 roku). Współczesny, doświadczony i cyniczny widz potrzebuje… bebechów! Jak przeżywać, to przeżywać! Jak histeria, to histeria! Jak spowiadać się, to przed kamerą, która multiplikuje w nieskończoność spowiadającego się! Żeby było bardzo-bardzo dramatycznie. Stanisławski, gdyby żył – to by wył. Kiedy więc czytam, że „Iwanow. Człowiek, który śpi to rzecz o kryzysach, o izolacji i odosobnieniu – ale jak to u Czechowa – z gracją, ze śmiechem i z wypalającą na koniec strzelbą”, to wzruszam obojętnie ramionami. Bo ani w tym gracji, ani śmiechu. Słynną czechowowską strzelbę zamieniono na plastikowy pistolet z muzyczką i migającą lampką zamiast nabojów. Tyle.

Dlatego też, gdy w Ha(e)userze, po dłuższej tyradzie jednej postaci, druga pyta ją wprost: „Dlaczego ty mi to w ogóle mówisz?” – myślę, że też bym chciał znać odpowiedź. Bo ta, którą usłyszałem, że „czasami ludzie nie wiedzą, dlaczego coś mówią” – chociaż trudno się z nią nie zgodzić – mnie nie wystarcza. Wychodzi na to, że podążanie za logiką większości wywodów, o ile jakakolwiek logika im przyświecała, zwyczajnie się nie opłaca. Fragmenty, które wyłapywałem w skupieniu, zakrawały albo na, za przeproszeniem, egzaltowaną grafomanię, albo zwykłe wodolejstwo. Czyżby umykały mi jakieś przesłanki? Czyżby założenie było takie, że skoro na scenie coś się rusza i ktoś coś mówi, to z definicji mam się tym przejmować? Wydaje się, że taki rodzaj dramaturgii jest już w stanie generować sztuczna inteligencja. Czyżby hologram Sary maczał w tym palce?

Henryk Mazurkiewicz
teatralny.pl
link do źródła
12-05-2021