Dynamiczni i wielowymiarowi „Męczennicy” Mariusa von Mayenburga w reżyserii Anny Augustynowicz ze świetną grą wałbrzyskich i szczecińskich aktorów to 329. premiera Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Spektakl pokazuje, co wynika z przemiany religii w ideologię

Historia zaczyna się absurdalnie, więc wydaje się, że bezproblemowo się skończy – uczeń Benjamin Südel (Konrad Beta) odmawia uczestniczenia w lekcjach pływania. Koleżanki w bikini obrażają jego uczucia religijne. Nastolatek sypiąc wersetami z Biblii zaczyna prowadzić krucjatę przeciw wszystkim, nakręcając spiralę nienawiści. Wuefista Markus Dörflinger (Filip Perkowski) chce rozwiązać sprawę szybko, nie wdając się w dyskusje. Dyrektor szkoły Willy Batzler (Rafał Kosowski) ugodowo. Nauczycielka biologii (Sara Celler-Jezierska) spiera się z Benjaminem. Jego koledzy – Lydia Weber (Barbara Biel) i Georg Hansen (Maciej Litkowski) są nim zafascynowani. Ksiądz Dieter Menrath (Czesław Skwarek) próbuje przyciągnąć chłopaka do parafii. Wiecznie zapracowana matka Benjamina (wyrazista Maria Dąbrowska) całą sytuacją obarcza szkołę. Przecież rolą placówki jest wychowywanie, a pedagoga zaufania budowanie go. Matka wolałaby, żeby jej syn sprawiał normalne problemy wychowawcze – np. brał narkotyki – a nie wygłupiał się z jakąś religią. Jego zacietrzewienie jest wręcz organiczne. Czy można je tłumaczyć rozbitą rodziną? Albo brakiem przyjaciół czy wzoru do naśladowania? Może potrzebą znalezienia sensu? Pedagog diagnozuje sytuację – „Prowokacja bywa niekiedy wołaniem o pomoc” – tylko że jej wysiłki spełzną na niczym. To przedstawienie o upadku autorytetów. Ani dorośli, ani instytucje jak szkoła czy Kościół nie są w stanie pomóc nastolatkowi i zaoferować mu czegoś w zamian jego fanatyzmu. Mimo całej powagi i ważkości tematu spektakl jest bardzo zabawny. Słowne potyczki postaci wywołują głośny śmiech. Humor wynika z obnażenia języka, którym się posługują bohaterowie. Von Mayenburg i Elżbieta Ogrodowska-Jesionek, autorka przekładu mają doskonałe wyczucie absurdu wynikającego z współczesnej mowy, która musi być dziś „politycznie poprawna”. Dyrektor przerażony dosłownością zajęć z edukacji seksualnej stara się nakłonić biologiczkę do rezygnacji z nauki nakładania prezerwatywy i do używania pojęć typu: aparatura do seksu, aparat seksualny i łacińskich nazw. Ona odparowuje: „Potem chłopak może doskonale z całym aparatem łacińskiej terminologii zrobić nieletniej koleżance dziecko”. Minimalistyczna scenografia Marka Brauna ze stołem-ołtarzem i filarem-tablicą wzmacnia wagę słów. Spektakl anonsowany jest jako propozycja zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży. To prawda. Nie obraża, a prowokuje do dyskusji. Mogę go polecić z czystym sumieniem wszystkim.

Spektakl jest koprodukcją z Teatrem Współczesnym w Szczecinie.

Alicja Śliwa
„Tygodnik Wałbrzyski”