17 października w „Gazecie Wyborczej” ukazał się apel 15 luminarzy polskiej nauki skierowany do władz. Sygnatariusze listu niebywale wprost i czytelnie apelują do „władz państwowych, aby ściśle przestrzegały zasady neutralności światopoglądowej państwa zagwarantowanej w Konstytucji RP”.

O tym, że owa zasada istnieje w zasadzie wyłącznie w zapisie konstytucji, przekonać można się niestety bardzo często. Debata publiczna, o wiele szersza niż debata parlamentarna (mam wrażenie, że niewielu posłów zdaje sobie sprawę z istnienia takiego konstytucyjnego zapisu), na temat kształtu naszej rzeczywistości politycznej toczy się już od jakiegoś czasu. Teatr stał się jej częścią – czasem świadomie, podejmując problematykę relacji świeckość-religijność, czasem stając się instrumentem w rękach tych, którzy pragną podporządkować sferę publiczną – rozumianą głównie w duchu Hannah Arendt jako sfera pojawiania się, wystawiania na widok – swojemu, jedynie słusznemu, poglądowi.

Połączone siły teatrów Współczesnego ze Szczecina i Dramatycznego z Wałbrzycha stworzyły spektakl, który jest świadomą próbą (poprzez wybór takiego, a nie innego tekstu) włączenia się w debatę na temat miejsca światopoglądu religijnego w przestrzeni publicznej świeckiej instytucji, jaką jest (a przynajmniej powinna być) publiczna szkoła. Równocześnie, ponieważ właśnie to ona jest miejscem, w jakim dzieje się akcja, a protagonistą jest uczeń, teatry zwracają się spektaklem Męczennicy do młodzieży – grupy dotąd raczej zaniedbywanej przez teatr, co na szczęście zaczyna się zmieniać.

Dotąd, jeśli już pojawiały się spektakle dla nastolatków, ich tematem była głównie narkomania – rozpoznana jako główne zagrożenie dla młodych ludzi. To dość szablonowe myślenie wżarło się w umysły dorosłych tak bardzo, że kłopoty z nietypowym zachowaniem dzieci odsyłają przede wszystkim do myślenia o narkotykach. Podobnie myśli postać ze szczecińskiego spektaklu – matka Bena (Maria Dąbrowska), która słysząc w szkole o dziwnych zachowaniach syna „modli się”, żeby chodziło o narkotyki – problem co prawda trudny, ale „normalny” i już dobrze rozpoznany, mieszczący się w kategorii „zwykłe kłopoty z dorastaniem” obok trądziku czy „spuszczania się kilka razy dziennie” (to znów słowa matki). Dorosłe otoczenie Bena (Konrad Beta) zmierzyć się musi jednak z całkiem innym problemem. Okazuje się, iż odmowa rozebrania się na basenie ma całkiem inne podłoże niż wstyd reakcji dojrzewającego ciała (niekontrolowane erekcje, które podejrzewa matka) czy chęć ukrycia śladów po wkłuciach. Ben został radykalnym chrześcijaninem i jego uczucia religijne obraża widok koleżanek w bikini na basenie.

Tą pierwszą sceną zostajemy wprowadzeni w samo centrum konfliktu, jaki toczyć się będzie w spektaklu: na ile jednostka, która czuje, iż ma poparcie wyższej (czyli najwyższej) instancji może wywierać nacisk na reguły, jakimi kieruje się cała społeczność, niekoniecznie podzielająca jej poglądy. Spór Bena ze szkołą i matką, choć opisany przez niemieckiego dramaturga Mariusa von Mayenburga, to w istocie parabola współczesnych polskich sporów światopoglądowych. Można by go równie dobrze potraktować szerzej: jako opowieść o świecie, w którym, wbrew wieszczeniom niektórych filozofów, kwestia bogów i religii w sposób bardzo znaczący wpływa na zachowania ludzi, w tym – w sposób bardzo widoczny – ludzi młodych. Co jakiś czas gazety zachodniego świata obiegają informacje o „zwykłych nastolatkach”, którzy (równie często chodzi o „które”) dołączyli do terrorystów z samozwańczego państwa islamskiego. Pojawiają się w związku z tym pytania o to, co się stało, że młodzi ludzie wychowani w wolności i demokracji tak ochoczo odrzucają swoje dotychczasowe życie, radykalizują się i idą mordować w imię Boga. To, co w warunkach niemieckich może być bezpiecznym kostiumem (radykalizm chrześcijański nie jest chyba najgroźniejszym z radykalizmów religijnych dla tego państwa), wystawione w Polsce od razu staje się bardzo aktualną sztuką polityczną.

Tekst zajmuje się jednymi z najistotniejszych problemów dla naszego świata: jak obronić się przed radykałami, którzy dążą nie tylko do narzucenia swoich zasad postępowania, ale także do fizycznego unicestwienia niewiernych, których utożsamiają po prostu ze złem. Czy wyjściem ma być wyprodukowanie rodzimych radykałów, którzy wyrastają z „kultury zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie”? Czy może nim być przedefiniowanie roli państwa, które dzięki politycznej poprawności stało się – używając słów postaci ze spektaklu – „tolerancyjne wobec nietolerancji”, choć to „absurd”? Oba te pytania, oczywiście nie wprost, pojawiają się w Męczennikach. Państwo, utożsamione z władzą świecką, reprezentuje w spektaklu dyrektor (Rafał Kosowski). Jego postawa wobec konfliktu, jaki pojawił się w szkole, jest znakomitą prezentacją tego, iż zasady zawsze realizują się przez konkretnego człowieka i to tak naprawdę od jego postawy zależy, jak i czy w ogóle są spełniane. Kosowski zagrał bohatera kunktatora, który swoimi pozornymi działaniami próbującymi „unormować” sytuację w klasie, „osiągnąć kompromis”, tak naprawdę maskuje męski szowinizm (jedyną osobą, która chce zatrzymać religijne szaleństwo Bena, jest kobieta, nauczycielka grana przez Sarę Celler-Jezierską), antysemityzm i de facto popieranie postawy ucznia. A ten, wzmocniony ustępstwami (dziewczętom nakazano nosić stroje jednoczęściowe na basenie), coraz bardziej podporządkowuje szkołę swojej radykalizującej się religijności, bezkarnie paraliżując niezgadzające się z jego światopoglądem lekcje. Ciekawe w prowadzeniu postaci Bena jest to, że nie jest to człowiek wiary, religię traktuje on czysto instrumentalnie: jako narzędzie zdobywania władzy i przewagi nad innymi. Dlatego odrzuca zaproszenie księdza (Czesław Skwarek), by włączyć się w działalność oficjalnej młodzieżówki chrześcijańskiej. Jego „wiary” nie może w związku z tym naruszyć to, iż nie jest w stanie „uzdrowić” kolegi (Maciej Litkowski), którego noga, mimo modlitw, zaklinania i „szczerej wiary”, nie chce rosnąć. Czy można przywołać wyraźniejszy sygnał rozdźwięku między wiarą a realną możliwością?

Dramaturg, a za nim reżyser – Anna Augustynowicz, przyjęli taką paraboliczną, przypowieściową perspektywę narracyjną. Zdają się nie opowiadać po żadnej ze stron konfliktu, są neutralni stosując technikę: takie są zdarzenia, które prezentujemy wam w kilku obrazach. Stąd rytm spektaklu wyznaczają kolejne niezależne do pewnego stopnia od siebie sceny – lekcje. Ich wypisywane na czarnej ścianie – tablicy zamykającej scenę – tytuły-tematy zdają się uwypuklać główną oś konfliktu w każdej z nich, np. marchewka, modlitwa, kościół, zdrada. Rodzi to jednak dla mnie problem celu i pozycji, z jakiej robiony jest ten spektakl. Przez prawie połowę dominującym jego elementem są długie tyrady radykalnego Bena-„imama”, który w swoich perorach korzysta z cytatów z Biblii, używanych w funkcji bełkotliwej nowomowy, i nie są one kontrapunktowane przez wypowiedzi żadnej innej postaci. Jego „biblijna nowomowa” po pewnym czasie sama zaczyna nużyć i nudzić swoją piętnującą napastliwością (Nowy Testament w bardzo małym zakresie mógł znaleźć u Bena zastosowanie). Czy takie ułożenie wypowiedzi głównej postaci miało być wyrazem postawy, iż monotonna prezentacja nienawiści sama z siebie przestanie być atrakcyjna dla ewentualnych „towarzyszy broni”?

Główna oś konfliktu odbywa się na linii nauczycielka – Ben. Ona początkowo próbuje dać mu odpór, używając metod racjonalnych, które powinna wspierać szkoła. Kiedy okazuje się to niemożliwe, postanawia pokonać chłopca jego własną bronią – zaczyna czytać Biblię, szukając w niej „kontrcytatów”. Niestety, sposób, w jaki w szczecińsko-wałbrzyskim spektaklu zostały poprowadzone postaci obojga protagonistów, skazuje taką postawę na przegraną. Ben Bety jest pewny siebie, spokojny i fanatycznie zimny w swoich działaniach i wypowiedziach – jest współczesnym „buntownikiem z powodem”. Nawet jego żar jest przerażająco opanowany. Jest o wiele bardziej atrakcyjny dla młodych widzów niż nauczycielka (której postać, właśnie jako nauczycielki, z góry ustawia ją na słabszej pozycji). W Męczennikach jego religijnej histerii, prezentowanej w sposób bardzo spokojny i pewny siebie, próbuje się przeciwstawić postawę tolerancyjno-racjonalną, ale prezentowaną przez aktorkę w bardzo histeryczny sposób – słowa, jakie wypowiada, są mądre i racjonalne, sposób ich podawania odziera je z części tych walorów. Nauczycielka Celler-Jezierskiej jest od początku naiwno-histeryczna i taka pozostaje do końca, jej postać nie zmienia się, mimo iż widać, że podejmowane przez nauczycielkę działania są nieskuteczne. Także to, co jej się zdarza, kiedy coraz bardziej osuwa się w biblijną rzeczywistość czy zaczyna przegrywać, nie zmienia sposobu, w jaki Celler-Jezierska ją gra. W efekcie młodzi widzowie nie tyle śmieją się z Bena i jego postawy, co śmieją się razem z nim. Nie jestem pewna, czy o taki efekt powinno chodzić. Chyba że właśnie rozpoczęto produkowanie radykałów „zakorzenionych w chrześcijańskim dziedzictwie”? Jednak sądząc z tekstów zamieszczonych w programie spektaklu chyba niekoniecznie o to chodzi. One sugerują raczej stawianie pytania o to, jak zapanować nad ekstremizmami, które rodzą się wewnątrz rozmaitych „religii miłości”. Lecz w spektaklu Ben wygrywa na wszystkich polach – nauczycielka zostaje usunięta z pracy, ponieważ „dotknęła go”, kiedy chciała mu pomóc zejść ze stołu, z którego przybijał krzyż na ścianie, zostawia ją mąż i na koniec – w geście absolutnie histerycznym – składa z siebie ofiarę, przybijając swoje stopy do podłogi. Pokazuje to, iż radykał chrześcijański wyprodukował męczenniczkę stronie przeciwnej, ponieważ nie było nikogo, kto chciałby jego ukrzyżować. Jemu natomiast nic się nie dzieje, mimo iż usiłował zabić kolegę jako zdrajcę „religii”, waląc go młotkiem w głowę. Ta „neutralność światopoglądowa” w spektaklu może okazać się wsparciem dla postawy ekstremistycznej – jest po prostu ukazana w o wiele bardziej atrakcyjny, przemawiający i skuteczny sposób. Okazuje się także, iż sankcja religijna może sprawić, iż ludzkie działania, jakkolwiek łamały by przykazania, którymi oficjalnie kierować się powinni wyznawcy („Nie zabijaj”), nie mówiąc już o świeckim prawie karnym, jest w stanie zapewnić bezkarność. Choć ta obserwacja – oczywiście nie dotycząca przestępstw takiej wagi – wydaje się bardzo adekwatna we współczesnej polskiej sytuacji, nie jest niestety budująca.

Męczennicy są skierowani do młodych ludzi. W Szczecinie po spektaklach odbywają się z nimi spotkania – rozmowy. W Wałbrzychu spektakl został włączony w cykl spotkań z dramaturgią dla młodzieży, zatytułowany Z ogniem w głowie. Widać, że cały kontekst spektaklu – który notabene grany był w Szczecinie przy przyciemnionym, lecz nie zgaszonym do końca świetle, a aktorzy bardzo często zwracali się wprost do młodzieży – służyć ma temu, by samo przedstawienie stało się tylko realnym pretekstem do dalszych rozmów z widzami. Uważam, że są one bardzo potrzebne, bo sam spektakl, jakkolwiek dobry od strony teatralnej by nie był (a ten jest), to w takiej sytuacji zbyt mało. Trzeba z widzami rozmawiać, bo Męczennicy podnoszą zbyt wiele niebywale istotnych dla kształtu naszej rzeczywistości zagadnień. Ich rozstrzygania nie można zostawić „przypadkowym politykom” – zarówno świeckim, jak i kościelnym.

Joanna Ostrowska
teatralny.pl
24-10-2014