Spektakl Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu nie opowiada o Bausch, ale o jej micie. To także przedstawienie o nałogu – a czy istnieje coś bardziej ludzkiego?

Czasem nałóg staje się legendą. Papieros to nieodłączny atrybut Piny Bausch, ikony XX-wiecznego teatru tańca. Urodzona w Niemczech w 1940 r., w latach 70. stworzyła autorski zespół w przemysłowej Nadrenii-Westfalii. Początkowo odsądzana od czci i wiary, pod koniec życia była pierwszą damą światowej choreografii. Zmarła 30 czerwca 2009, tego dnia jej Tanztheater Wuppertal występował na festiwalu we Wrocławiu. 12 maja 2017 r. w nieodległym Wałbrzychu premierę miał spektakl „Gdyby Pina nie paliła, toby żyła”.

Absurdalne skecze o papierosach i sztuce

Za tą spóźnioną stypą na wesoło stoi Cezary Tomaszewski – reżyser, performer i choreograf, postać nietuzinkowa. W swojej twórczości Tomaszewski łączy niszowe i awangardowe nowoczesne formy tańca z nieco niższymi, „wesołymi” gatunkami – jego farsa „Kto nas odwiedzi” z samym Janem Peszkiem jest hitem rozrywkowego Och!Teatru Krystyny Jandy w >Warszawie. W Kaliszu Tomaszewski wystawił niedawno w surrealistycznym anturażu arcyramotę Tuwima „Żołnierza królowej Madagaskaru”, w Wiedniu – wiekową operetkę „Wesoła wdówka” z udziałem polskich sprzątaczek.

Oba wątki pracy Tomaszewskiego spotkały się w najnowszej wałbrzyskiej premierze. „Gdyby Pina nie paliła, toby żyła” jest na pierwszy rzut oka rodzajem fałszywej rekonstrukcji, fikcyjnego dokumentu – podkreśla to powtarzana fraza „dziękujemy Dariuszowi Kosińskiemu z Instytutu im. Jerzego Grotowskiego za udostępnienie materiałów wideo z tamtego wieczoru”, tj. momentu śmierci Bausch. Kolejny paradoks – elegijny ton łączy się tu z ciągiem absurdalnych choreograficznych skeczy o papierosach i sztuce.

Owszem, pojawią się tu wariacje na sceny z przedstawień Bausch – w tym tej najsłynniejszej, z „Café Müller”, uwiecznionej przez Pedro Almodóvara w „Porozmawiaj z nią” – niewidząca postać kobiety, obijająca się od zastawiające scenę krzesła, jak w lunatycznym transie, chroniona przez kompanów.

Ale to nie spektakl o Bausch, ale o jej micie. O nikotynizmie sprowadzonym do fetyszu. O artystce zamkniętej w anegdocie – np. tej, że spektakle budowała, zadając swoim tancerzom intymne pytania. W Wałbrzychu pada więc „czego się boisz?”, powtarzane aktorom do znudzenia, z przemocową, nieznoszącą sprzeciwu intonacją. Artyści wałbrzyskiego Dramatycznego wcielają się w jeden z najsłynniejszych ansambli tanecznych świata, występujących na najważniejszych scenach operowych. Fakt ten ogrywa się na różne komiczne sposoby – np. gdy aktorka podejmuje próbę popisowego śpiewu barokowej arii Henry’ego Purcella z „Dydony i Eneasza”. Albo gdy ustawia w taneczne figury ciała dalekie od rygorystycznego, baletowego wzorca – ktoś jest trochę za duży, ktoś za mały, część w wieku oznaczającym kres kariery zawodowej tancerza klasycznego.

Dowcip funeralny i deszcz papierosów na scenie

Wreszcie to przedstawienie o nałogu – a co jest bardziej ludzkiego niż nałóg?  Ile choreograficznych etiud z papierosem da się wykonać, ile iluzjonistycznej ekwilibrystyki włożyć w ukrycie paczki przed czujnym okiem bliźniego-nadzorcy. Być może spektakl – oparty na scenariuszu poetki Aldony Kopkiewicz – to po prostu humorystyczny traktat o niedoskonałości.

Reżyser z czułością traktuje zarówno nieobecną bohaterkę, aktorów, jak i widzów. Przy czym czułości nie należy mylić tu z protekcjonalizmem czy pobłażaniem. To raczej spotkanie się w świadomości poczucia ułomności, wstydliwe porozumienie przyłapanych na chronicznym grzechu przeciw zdrowiu i silnej woli. Wbrew pozorom to bardzo trudna sztuka – ograć zamierzoną nieudolność tak, by nie wyszły z tego błazeństwo, wygłup i żenada, lecz charyzmatyczny i bezpretensjonalny popis – wałbrzyskim aktorom się to udaje.

Puszczone do widza oko łączy się tu z rozbuchaną, barokową formą. Nad scenę może nadlecieć płaska, malowana chmura – iluzjonistyczna dekoracja duetu Bracia (Aga Klepacka i Maciej Chorąży) jest jak z teatru sprzed wielkich estetycznych przemian przełomu XIX i XX w.  Machina spuści na scenę deszcz papierosów. Przede wszystkim zaś, „Gdyby Pina nie paliła, toby żyła” zawiera poważny ładunek czarnego humoru. Rządzi tu dowcip wręcz funeralny – theatrum śmierci przekłada się na język teatralnego komiksu.

Na koniec uwaga do zatroskanych przeciwników scenicznych nowinek zrzeszonych w Korespondencyjnym Klubie Przyjaciół Prostego Człowieka. Zwłaszcza ostatnio lubią oni tropić reżyserów-urwipołciów, co to dręczą biednego (prowincjonalnego!) widza wyrafinowanymi dziwactwami. Widziałem „Gdyby Pina…” w Wałbrzychu w ramach Dnia Teatru Publicznego, kiedy to w całej Polsce sprzedaje się bilety teatralne za 5 zł. Przychodzi więc po nie ta „trudniejsza”, „okazjonalna” publiczność – ta,  co to „rzadko bywa” i, wiadomo, „nie zrozumie”.  I, proszę państwa, widownia ta łapała abstrakcyjny dowcip Tomaszewskiego, jak konduktor palacza w toalecie Pendolino.

Witold Mrozek
„Gazeta Wyborcza”
08.06.2017