"Był sobie Polak Polak Polak i Diabeł" w reż. Moniki Strzępki w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Pisze Łukasz Drewniak w Przekroju.

«Anarchiczny i potwornie śmieszny spektakl z Wałbrzycha przynosi nową formułę teatru politycznego.

Zgoda, z wieszczami trzeba dialogować. Wieszczom nie wolno w teatrze odpuszczać. Ale zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że młody dramaturg zafascynowany Adamem Mickiewiczem może znaleźć się w przedpokoju u Ernesta Brylla. Dlatego nie tak dawno zmartwiła mnie próba przepisywania "Dziadów" we wrocławskiej "Ekshumacji" dokonana przez tandem autorsko-reżyserski Demirski-Strzępka. Efekt był żenujący. Sztuka przypominała worek na odpadki, do którego wrzucano wszystko, co się tylko twórcom skojarzyło z wywoływaniem narodowych duchów, klapą romantycznego paradygmatu, teatrem politycznym wreszcie. Prawie machnąłem ręką na przepracowanego dramatopisarza. Tymczasem autorski duet wyciągnął zdumiewające wnioski z wrocławskiej porażki. Zaproszeni do Wałbrzycha twórcy postanowili zrobić jeszcze raz to samo, ale lepiej. W ich – jak ją nazywają – "politycznej bulwarówce" o najdłuższym ze znanych mi tytułów znów mamy wyciąganie polskich trupów z szafy.

"Martwy Polak konspiruje jeszcze 24 godziny po śmierci" – pisał Mickiewicz w "Konfederatach barskich". U Demirskiego polskie trupy ciągle celebrują narodowe głupoty. Jesteśmy na cmentarzu. Dwaj grabarze kopią w świeżej ziemi, a z prosektoryjnych worków wyłażą narodowe boboki, czyli pochowani, aczkolwiek jeszcze nie nadgnili zmarli: Panna Młoda, dresiarz, babcia kombatantka, turysta z Reichu, generał Jaruzelski, arcybiskup Paetz… Jak zaczynają gadać, są nie do powstrzymania. Spektakl z Wałbrzycha, danse macabre na wesoło, sporo zawdzięcza niemieckim wzorom – kłania się teatr Rene Pollescha, Franka Castorfa, a nawet Christopha Marthalera: takie samo zrytmizowanie monologów, pozorny chaos na scenie, sprawy polityczne przemieszane z teatralnymi. Demirski ze Strzępką odwołują się także do polskich szopek noworocznych, tradycji kabaretowej, tandetnego telewizyjnego show. W głębi sceny stoi futbolowa bramka obwieszona stadami baloników; prawie udało się patriotyczne zadęcie a la Studio Mundial 2006.

Przedstawienie nie tyle jest prowokacją wobec lokalnego widza, ile seansem nienawiści do polskiego kołtuna – czarnego i czerwonego. Nie przypadkiem wśród obśmianych świętoszków i kłamców pojawiają się postaci z pierwszych stron gazet. Dokopując im na równi z tłumem anonimowych obywateli III i IV RP, Demirski całkiem serio pyta o sens bycia Polakiem. I niezbędność przynależności do naszych codziennych rytuałów obłudy. Pokazuje, w jaki sposób odnajdujemy siebie w katedrach przebrzmiałych frazesów. A że Polska jest byle jaka, to i teatr powinien być byle jaki.

Aktorzy z premedytacją przekraczają granicę żenady, wulgarności, sztampy i obciachu. Zgrywając się przed widzami, udają, że załatwiają wewnątrz teatralne porachunki. A równocześnie przemycają trafne obserwacje obyczajowe i politycznie niepoprawne riposty. Gra Moniki Fronczek, Piotra Kondrata, Łukasza Brzezińskiego, Piotra Wawera i reszty zespołu przypomina zrywanie łupin cebuli. Spod gagu wyłazi prywatność aktora, spod prywatności – iluzje bohatera sztuki, spod iluzji – przejmujące wyznanie człowieka oszukanego przez rzeczywistość.

Porwany przez wałbrzyskie przedstawienie dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że obrazoburstwo i prowokacja w takiej komasacji tracą rewolucyjną siłę, pozostają tylko na poziomie groteski. Satyra polityczno-społeczna Demirskiego i Strzępki nie żądli, ale zalewa nas sosem absurdu. Może tak trzeba, może inaczej się dziś z polityką w teatrze nie da. Bo gdyby się dało, wysyłalibyśmy dziś twórcom paczki do więzienia. Wiem, że Mickiewicz też siedział, ale naprawdę nie życzę tego żadnemu artyście. Więc jaki jest pożytek z przebywania w przedpokoju Ernesta Brylla? Ano zawsze można cichutko zamknąć drzwi i pójść schodami na górę. Demirski idzie.»

"Schodami w górę"

Łukasz Drewniak

Przekrój nr 16/19.04