Joanna Derkaczew

Horror na motywach narodowych w obrazach rodem z filmów George’a Romero. Paweł Demirski i Monika Strzępka swoim cmentarnym show w Wałbrzychu leczą polski teatr z patosu, maniery i taniej martyrologii

Paweł Demirski: "Był sobie POLAK, POLAK, POLAK i diabeł, czyli w heroicznych walkach narodu polskiego wszystkie sztachety zostały zużyte"

reż. Monika Strzępka

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, premiera 30 marca

27 marca w dyskusji z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru młody reżyser Michał Zadara mówił: "Zarzuca się młodym, że robią teatr polityczny, kabaretowy, plakatowy. Tymczasem takiego teatru nie ma. A powinien być, on jest nam teraz najbardziej potrzebny. Trzeba znajdować nowe, lekkie, komunikatywne formy dla ważnych tematów. Nadchodzi czas komedii". Nie spodziewał się jednak, że niemal z dnia na dzień jego postulaty staną się ciałem.

Dokonał tego Paweł Demirski (1979), który od kilku lat krąży po kraju, oplatając go siecią kolejnych dramatów (tylko od początku tego roku wystawiono już: w styczniu "Dziady-Ekshumację" we Wrocławiu, w lutym "Omyłkę" według Prusa i Konopnickiej w Warszawie, w marcu "Nieprzytomnie" w Zielnej Górze). Wcześniej jako kierownik literacki Teatru Wybrzeże w Gdańsku realizował cykl dramatów dokumentalnych (tzw. Szybki Teatr Miejski), pisał sztuki o Wałęsie ("Wałęsa. Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna"), doku-musicale o polskiej emigracji zarobkowej ("From Poland with love"), tragedie zakładowe ze zwyrodniałym prawem pracy w roli fatum ("Kiedy przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw").

Tym razem nie sięgał po dzieła wieszczów ani pozytywistów, nie dramatyzował cudzych biografii, nie przepisywał, nie przerabiał. Stworzył ludyczny horror na motywach narodowych. Tekst kabaretowy, przewrotny, w którym gagi z najniższej półki mieszają się z ciekawymi diagnozami współczesności.

W jego bulwarówce politycznej pojawiają się postaci, jakie przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej skojarzyłby z Polską: dresiarz (Piotr Wawer), biskup (Piotr Kondrat), niemiecki turysta odwiedzający dawne Prusy (Bogusław Siwko), szpakowaty generał w ciemnych okularach (Jerzy Gronowski), dzieciak z depresją (Łukasz Brzeziński), byłe więźniarki Oświęcimia (Beata Rymkiewicz-Zaborska i Sabina Tumidalska), giętka i ambitna dziewczyna z kategorii "gotowych na wszystko, z każdym, byle się stąd wyrwać" (Monika Fronczek). Spotykają się w przestrzeni, która równie dobrze może być ławką rezerwowych, kostnicą, sala balową na Halloween i przedsionkiem piekła. Ogromna bramkę piłkarską porastają jak pleśń czarne baloniki, a naprzeciwko rzędu stadionowych siedzeń leżą sobie gadające worki z ciałami.

Gdy ubielone twarze i ciała aktorów zaczynają wynurzać się z plastikowych pokrowców wiemy już, że trafiliśmy na pierwszą polską komedię współczesną post mortem. Równie groteskowe sceny cmentarne polska publiczność miała dotąd szansę oglądać chyba tylko w "Hamlecie".

Między slapstickowymi numerami w stylu "bitwa na ciasto z kremem" przewijają się sprawy z pierwszych stron gazet i z ostatnich stron dzienników ustaw. Bohaterowie, opowiadając o okolicznościach swojego "zejścia", przeskakują od skandalu do tragedii, od ważkiego problemu społecznego do plotki medialnej. W ten przeciwny dance macabre włączają więc pedofilię wśród księży, pseudodylematy młodzieży z klasy średniej, nieuprawnione eksmisje, traumę po stanie wojennym, ukrywane zbrodnie polskie z czasów wojny, niemieckie resentymenty wobec Ziem Odzyskanych, święte walki kiboli, wszechogarniający kompleks polskiego prowincjonalizmu.

W niczym nie przypomina to jednak reportażu czy litanii krzywd narodowych, ale raczej absurdalny, jarmarczny humor hollywoodzkich "Strasznych filmów".

Co ciekawe, na dwa dni przed przyjazdem do polski niemieckiej gwiazdy reżyserskiej Rene Pollescha (od kwietnia będzie on realizował spektakl w TR Warszawa) Monika Strzępka stworzyła z tekstu Demirskiego najbardziej "Polleschowe" widowisko na wschód od Odry. Wśród artystów kręci się więc charakterystyczna dla teatru Pollescha suflerka-inspicjentka (Irena Wójcik), która przerywa akcję, podpowiada tekst, zabrania palenia na scenie, a nieposłusznym delikwentom – skręca karki. Aktorzy co chwila zaznaczają dystans do swojej roli, odmawiają wypowiadania kwestii, które mogłyby przedstawić ich postać w negatywnym świetle. Parodiują styl traktatów filozoficznych, socjologicznych, ekonomicznych, mówiących o budowaniu tożsamości nowoczesnej, o globalnej wiosce, alienacji przez pracę. Licytują się, kto ile zarobił za ten wieczór, a do sporu wciągają nawet dyrektora teatru Piotra Kruszczyńskiego. Pokazują tym samym, że sztuka także jest produktem rynku, a widzowie – jego cichymi sojusznikami.

Koszmarny klimat, trumienny dowcip, język posklejany z teledysków Kory, okrzyków z wiejskiego wesela i Peweksowo-telerankowej mitologii pokolenia trzydziestolatków – wszystko to otwiera dla polskiego teatru nowe drzwi. To właśnie przez nie Strzępka i Demirski wprowadzają odświeżające (choć cmentarne) powietrze do teatralnego sanktuarium maniery, patosu i martyrologii.

Gazeta Wyborcza