Wałbrzyska opowieść o Jamesie Bondzie niewiele ma wspólnego z cyklem filmów o przygodach największego superszpiega w historii światowej kinematografii. No, może o tyle, o ile mit superszpiega służy jej za podstawę do rozważań na temat jakości kultury masowej. Ta najnowsza prapremiera wałbrzyskiego „Dramatu" zrealizowana z rozmachem w konwencji groteski rozwija się dynamicznie w scenerii perskich lub prawie perskich dywanów (scenografia, kostiumy, video – Mirek Kaczmarek). I choć dywany w większości wydają się być szlachetnym produktem, to w efekcie pojawia się plastikowa wersja orientalnych scenerii tego szpiegowskiego cyklu, który na warsztat prześmiewczy wziął zespół Szaniawskiego. Postać Bonda (Mariusz Zaniewski), jak prezentuje ją sam bohater, jest płaska i papierowa, świadomie sprowadzona to schematu twardziela bez uczuć i wrażliwości. Na początku spektaklu zmaga się z półnagimi terrorystami islamskimi. W tej groteskowej walce odnajdujemy ślady irytacji na ludzką zdolność do szufladkowania. Idąc tym tropem odczytujemy współczesną receptę na sukces filmowej produkcji. Jest prosta – dwie szczypty mordobicia, trzy ładnej kobiet)" i jedna szczypta erotyzmu i już wyrób sztukopodobny gotowy. Przewrotność spektaklu wyrasta spod sprawnego pióra Jolanty Janiczak. Bo oto w groteskowym wymiarze pojawia się pytanie -komu lub czemu zawdzięczamy stan świadomości i wrażliwości. Jeśli bowiem Bond, płaski i jednowymiarowy zderza się z kwestią – w każdym oddechu szukam poety – to znak, że rola mu przypisana nie jest wymarzoną. To nie jest też pytanie o los aktora, który szarpie się w telenowelach w pogoni za mamoną, ale o to, co go do tej szarpaniny zmusza. To pytanie o nas samych, którzy siadamy przed srebrnym ekranem i pasiemy mózgi papką bzdurnych intryg z chciwością gawiedzi prosto ze starorzymskiego Coloseum. Pytanie – skąd w nas to lenistwo skłaniające do zachwytu sagą o Zło-topolskich czy Lubiczach, a każące sztukę omijać szerokim łukiem? W dramaturgii „Świnie nie widzą gwiazd" widzę piętno poetyckich dramatów Pawła Demirskiego. Przewrotną zdolność do opowiadania o rzeczach ważnych językiem ulicy, prostym, czasem wulgarnym, ale trafnym i świadomie kreowanym. W scenicznej dynamice kojarzy mi się ten spektakl z „Niech żyje wojna", bo i tu widzę niechęć do przemocy i fałszu mitów wyhodowanych przez masową kulturę. Muszę też przyznać, że wartka akcja to wyraźny plus reżyserii, tu pokłon dla Wiktora Rubina. Zapanował nad zespołem, który po raz koleiny wykorzystał swoje wszystkie atuty i zaprezentował dzieło spójne, wyraziste. Kawał pysznego teatralnego mięsa! I tu pozwolę sobie nie zgodzić się z Antonim Słonimskim, który twierdził, że do teatru chodzi się dla antraktów, bo te bywają najlepsze. W tym spektaklu tempo jest zawrotne, a widz nawet nie zauważa upływu czasu.

Tekst /dramaturgia: Jolanta Janiczak reżyseria: Wiktor Rubin scenografia, kostiumy, video: Mirek Karczmarek Występują: Agnieszka Kwietniewska, Joanna Łaganowska, Irena Wójcik, Ewelina Żak, Mirosława Żak, Daniel Chryc, Rafał Kosowski, Dariusz Skowroński, Dominik Stroka (gościnnie), Piotr Tokarz, Ryszard Węgrzyn, Adam Wolańczyk (gościnnie), Mariusz Zaniewski (gościnnie)

Krzysztof Kobielec
grudzień 2010/styczeń 2011
Wałbrzyski Informator Kulturalny