teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

Kiedy prosiłem znajomych o podzielenie się opiniami, po obejrzeniu „Draculi” – najnowszego spektaklu w wałbrzyskim teatrze – najczęściej słyszałem „może być ale…”. Tu najczęściej padały takie określenia jak trochę nudny, za długi, bez klimatu. Niewzruszony, miałem nadzieję, że historia o legendarnym wampirze porwie jednak mnie. Tym bardziej, że losy Draculi są doskonale znane, chociażby z popularnych ekranizacji.

Najbardziej znaną zrealizował sam Francis Ford Coppola. Warto tu dodać, że powieść Brama Stokera z 1897 roku została wybrana do przełożenia na deski teatru Szaniawskiego przez uczestników otwartego głosowania. Biorąc to wszystko pod uwagę, miałem przekonanie, że mam do czynienia z samograjem – tylko go nie zepsuć. Po 150 minutach, spędzonych z XIX-wiecznymi wampirami i ich ofiarami, zrozumiałem, co mieli na myśli moi rozmówcy. Autorka adaptacji, dramaturgii i reżyserka – Zdenka Pszczołowska podeszła do ikonicznej powieści Brama Stokera zasadniczo klasycznie. Można by powiedzieć, że trzyma się fabuły i chronologii. Przypomnę, że powodem lawiny dramatycznych zdarzeń była wizyta Jonathana Harkera w zamku hrabiego Draculi w Transylwanii. Wkrótce po ucieczce z posiadłości wampira i powrocie do Londynu, umiera przyjaciółka jego narzeczonej – Lucy Westenra. Przyczyną śmierci jest utrata krwi. Z tego powodu tracą życie kolejne osoby – głównie dzieci. Po tych wydarzeniach zawiązuje się drużyna, w skład której wchodzą lekarze i Jonathan z narzeczoną Miną. Postanawiają dopaść Draculę – głównego wampira – by przerwać zło, jakie czyni na świecie. Spektakl zaczyna się od spotkania lekarzy nad martwym ciałem Lucy. Przez to główna część „Draculi” jest retrospekcją. I właściwie wszystko jest jak należy. Jest tajemniczo, trochę strasznie, dramatycznie, a na koniec pojawia się odrobina krwi. Ale jednocześnie, przez cały czas czuje się, że coś jest nie tak. Trudno jest „wejść” w spektakl na 100 procent. Dla mnie przeszkodą był na pewno brak atmosfery mrocznych czasów XIX wieku. Scena jest za bardzo oświetlona i obnaża puste, niewykorzystane przestrzenie. Trudno odnaleźć kameralność. Muzyka kompozytora – Andrzeja Koniecznego (muzyk współpracujący z raperem Łoną) nie podkreśla sytuacji scenicznych. W mojej głowie dominowało jednak inne wrażenie – braku zdecydowania Pszczołowskiej. Czy chciała zrealizować „Draculę” z humorem i dystansem do powieści czy na poważnie. Jedna z ostatnich scen, kiedy jesteśmy świadkami porażającej przemiany Miny (bardzo dobra Joanna Łaganowska) w wampira ugruntowuje moje poczucie, że druga idea byłaby lepsza. Skoro mowa o dobrych momentach przedstawienia, to z przyjemnością wymienię kolejne dwa nazwiska aktorek, które czynią go wyraźnie lepszym – Dorota Furmaniuk w roli Lucy oraz Angelika Cegielska wcielająca się w postać Renfielda. Pierwsza przemawia z żywiołowością, druga przeciwnie – siedząc nieruchomo w fotelu, plecami do widowni, czaruje nas obrazem swojego świata. Świata funkcjonującego gdzieś pomiędzy realnością a metafizyką. Na drugiej szali są trzy wampirzyce (dwie z nich są grane przez mężczyzn). Ich słaby humor z wulgaryzmami nie współgra z charakterem opowieści. Nie mogłem się oprzeć odczuciu, że Pszczołowska nie mogła się zdecydować, czy podejść do ikonicznej powieści z dystansem, czy na serio. Niewiele wnoszą także próby nawiązania do współczesnej sytuacji na świecie, czy zamiany męskich ról na kobiece. Szkoda, że sztuka budzi mieszany odbiór, bo mógłby być jednoznacznie dobry.

Piotr Bogdański
WieszCo
[link do źródła]