W wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego (SZANIAWSKX) Zdenka Pszczołowska mierzy się z legendą wampira wszech czasów. Jej „Dracula” nie straszy w klasycznym sensie – zamiast tego stara się uwieść queerową interpretacją i subtelną refleksją o samotności, depresji i wykluczeniu. Spektakl, który bardziej niepokoi myśl niż ciało.
„Dracula” z Wałbrzycha – wampir, który nie straszy, ale intryguje
Postaci hrabiego Draculi z XIX-wiecznej powieści Brama Stokera nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Realizacji na teatralnych deskach wałbrzyskiego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego podjęła się Zdenka Pszczołowska, a sam tytuł został wybrany przez widzów w otwartym głosowaniu PRAWYBORY U SZANIAWSKIEGO. Czy spektakl w jej reżyserii mrozi krew w żyłach? – niekoniecznie, choć ma także swoje mocne strony.
Oczekiwania i pierwsze wrażenia
Nie będę ukrywał, że oczekiwania względem tytułu, jakim jest „Dracula”, i u mnie – w momencie wyjazdu na jeden z pokazów w secie premierowym – były bardzo wysokie. Przez lata powstało wiele adaptacji filmowych i teatralnych, w których pojawiają się postaci wampiryczne.
Wychowałem się na filmie Wernera Herzoga Nosferatu wampir (1979), który od najmłodszych lat budził niepokój, a postać „łysego wampira” nieraz gościła w nocnych marach, przemieniając się stopniowo z zimnego światła ulicznej latarni w bladą twarz żądną krwi.
Podjęcie się realizacji tak dobrze znanej historii niesie więc ryzyko zawiedzenia oczekiwań widzów, którzy przez lata nasiąkli wampirycznymi opowieściami. Z drugiej jednak strony otwiera możliwość przemycenia pod znaną narracją czegoś nowego, świeżego, aktualnego. Czy to się udało? – i tak, i nie.
Stara historia w nowym wydaniu
Podążając za akcją powieści, przenosimy się do końcówki XIX wieku. Nawiązują do tego kostiumy oraz elementy scenografii znajdujące się na scenie. Zdenka Pszczołowska, odpowiedzialna za adaptację, dramaturgię i reżyserię, łamie jednak klasyczne podejście do fabuły, wprowadzając do niej elementy queeru.
Trzy wampirzyce towarzyszące hrabiemu w jego transylwańskiej posiadłości grane są przez Dominikę Zdzienicką oraz dwóch aktorów – Rafała Gorczycę i Ireneusza Mosio. Ten zabieg, poza nadaniem spektaklowi współczesnej wymowy, wzmacnia też wrażenie obleśności wampirzyc-chłopczyc, towarzyszek tytułowego Draculi.
Podobne przewartościowanie dotyczy profesora Van Helsinga. Kto powiedział, że wielki uczony i łowca wampirów musi być mężczyzną? Proste, a jednak nieoczywiste rozwiązanie. Kobieta w tej roli przełamuje stereotyp i staje na czele drużyny ścigającej Draculę, dowodząc, że siła i odwaga nie mają płci.
W spektaklu pojawiają się też inne przesunięcia – część ról męskich przejęły kobiety, bez szkody dla fabuły. Lucy Westenra (Dorota Furmaniuk) ma nie trzech zalotników, a jedną panią i dwóch panów, którzy starają się o jej względy, co w ciekawy sposób zmienia dynamikę relacji.
Dracula – potwór czy odmieniec?
Pszczołowska interpretuje Draculę nie tylko jako monstrum, ale także jako figurę wykluczenia. To samotny odmieniec, piętnowany przez społeczeństwo, który wyrusza do Anglii w poszukiwaniu lepszego życia. W tym ujęciu spektakl staje się opowieścią o depresji i alienacji – stanach, które zaskakująco przypominają objawy „zwampirzenia”.
Szczególne wrażenie robi Angelika Cegielska jako Renfield (w powieści także rola męska) – jej charyzma i niepokój wynoszą przedstawienie na wyżyny za każdym razem, gdy pojawia się na scenie. Dr John Seward (Michał Kosela), wykształcony psychiatra prowadzący własną klinikę, usiłuje racjonalnie objąć nadprzyrodzony kontakt Renfield z Draculą (Piotr Czarniecki), co dodaje spektaklowi dodatkowej głębi psychologicznej.
Forma, scenografia i dźwięk – gdzieś pomiędzy nastrojem a niedosytem
Scenografia i kostiumy to zdecydowanie mocne strony produkcji. Mimo niewielkiej przestrzeni scenicznej udało się stworzyć bogaty świat, pełen symbolicznych detali – „korzenio-pająk” zwisający nad sceną niczym widmo zła, obniżający się w kluczowych dla akcji momentach, przypominaja o nadprzyrodzonych mocach Draculi. Z kolei platformy na szynach i ruchome elementy scenografii nadają całości dynamiki, nie przytłaczając przestrzeni. Szkoda, że część elementów znajdujących się bezpośrednio na scenie nie jest widoczna dla widowni.
Nieco gorzej wypadają animacje – raczej nijakie, nie wnoszące wiele do nastroju całości. Zabrakło też scenicznej „magii”: dymu, światła, dźwięków, które w horrorze są przecież kluczowe dla budowania atmosfery. Nagrania wypowiedzi bohaterów podbijają co prawda nadprzyrodzony ton, ale to za mało, by zbudować prawdziwe napięcie.
Zdarzały się momenty, w których aktorzy przemieszczali się po scenie bez wyraźnego uzasadnienia, a akcja – podobnie jak w powieści Stokera – miała charakter fragmentaryczny, składając się m.in. z dziennikowych zapisków Harkera. Niestety, Jonathan Harker (Mateusz Flis), jak i sam Dracula, pozostają postaciami marginalnymi – to Mina, Lucy i Quincey P. Morris dominują narrację. Momentami obecność Draculi sprowadza się do bycia operatorem kamery…
Teatr w teatrze i wielkie metafory
Warto zwrócić uwagę na ciekawy pomysł „teatru w teatrze”, w którym wampirzyce-chłopczyce odgrywają przed detektywami parodystyczne scenki, myląc tropy i mydląc oczy publiczności.
Pojawia się też polityczny kontekst – Dracula z manierą Führera wypowiada słowa „nie każdy nadaje się na wampira”. Finałowa mowa Harkera pozostawia otwarte zakończenie, pozostawiając niedosyt – zabrakło dramaturgicznej kropki nad „i”.
Podsumowanie: chciałem się bać, a wyszło jak wyszło
„Dracula” w reżyserii Zdenki Pszczołowskiej to spektakl z dużym potencjałem – ciekawy w interpretacji, odważny w zmianach ról i płci, wizualnie dopracowany. A jednak… zabrakło tego, co chyba najważniejsze – głębi i elementu strachu.
Choć pojawiły się ze dwa momenty, w których poczułem ciarki, całość pozostawia wrażenie niedokończonego eksperymentu. Dracula został sprowadzony do roli operatora kamery, postaci drugorzędnej. Dwór grał na „króla”, a „król” nie zechciał wyjść do ludu i pokazać swojej prawdziwej – wampirzej natury.
Krzysztof Antonik
teatralnie.pl
[link do źródła]