Sceniczne życie tekstów Pawła Demirskiego jest w jakiś sposób charakterystyczne dla znacznej części współczesnej polskiej dramaturgii. Nowe powstają na potrzeby konkretnych inscenizacji (trochę jak scenariusze filmowe), są wystawiane raz, a potem znikają w niebycie. Nie dzieje się tak zawsze, ale często. O ile w wielu przypadkach nie ma czego żałować, to tu akurat jest, bo teksty Demirskiego są po prostu bardzo porządne literacko.
Wiele z nich powstało na potrzeby spektakli reżyserowanych przez Monikę Strzępkę i przeważająca większość nie miała okazji zaistnieć niezależnie. Były wyjątki: w 2013 roku Remigiusz Brzyk wystawił w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł, czyli w heroicznych walkach narodu polskiego wszystkie sztachety zostały zużyte”, a teraz (tylko 12 lat później!) Pamela Leończyk wzięła na warsztat „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” i zrealizowała je w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, czyli w tym samym miejscu, dla którego tekst pierwotnie powstał. Pierwsza wersja, wyreżyserowana, rzecz jasna, przez Strzępkę, miała premierę w 2008 roku i była jednym z wielkich przebojów, zarówno wałbrzyskiej sceny, jak też reżysersko-dramaturgicznego duetu.
Takich duetów trochę w Polsce mamy (kilka przykładów z pamięci: Wiktor Rubin/Jolanta Janiczak, Mateusz Atman/Agnieszka Jakimiak, Jędrzej Piaskowski/Hubert Sulima, Radosław Stępień/Konrad Hetel – chociaż ci raczej adaptują, niż tworzą od zera – a z młodszych na przykład Stanisław Chludziński/Bartosz Cwaliński) i jest to ciekawe zjawisko, bo w wielu z nich podział funkcji zdaje się czysto umowny. Teksty powstają dla reżysera w określonym miejscu, czasie, kontekście i są splecione z okolicznościami tak, że w zasadzie tworzą jedność. Czy da się je oderwać od uwarunkowań, w których powstały? Byłoby naiwnością sądzić, że istnieje jedna uniwersalna odpowiedź na to pytanie.
W drodze do Wałbrzycha, kiedy wiozłem wydruk dramatu w plecaku, nurtowało mnie inne pytanie: co ciekawego może wyniknąć z oderwania tego konkretnie tekstu od jego Strzępkowo-Demirskiej przeszłości? Bo że Pamela Leończyk i zespół Szaniawskiego spróbują to zrobić, to przecież jasne. Nie dałoby się inaczej.
Zadanie nie należy do najprostszych. „Diamenty…” bronią się całkiem nieźle same w sobie, chociaż w czasie lektury czuć, że są dzieckiem czasów, w których powstały. W formie tekstu odbijają się wyraźnie niektóre tendencje charakterystyczne dla polskiej literatury z przełomu wieków. Znajdziemy więc w „Diamentach…” rozległe pokłady ironii i sarkazmu, postmodernistyczną zabawę intertekstualnością, satyrę i parodię, a do tego autotematyzm i elementy metateatralne z burzeniem czwartej ściany na czele. Demirski wygina śmiało pióro i brawurowo operuje językiem, skupiając na nim uwagę odbiorcy; Dorota Masłowska i Michał Witkowski lubią to, chociaż nie tylko język jest tu ważny. Ot, samo gęste – a mowa tylko o formie.
Dodajmy do tego, że punktem wyjścia tekstu jest jawna i ani przez moment nieukrywana zabawa „Wujaszkiem Wanią” Antoniego Czechowa, sygnalizowana zresztą w podtytule sztuki („After Czechow”). W końcu jest to opowieść o oczekiwaniu na przyjazd profesora Sieriebriakowa do Wałbrzycha, co zaburza względnie poukładane życie jego bliskich, a w szczególności życie połamanego życiowo wujaszka WaniiWojnickiego (Rafał Kosowski), centralnej postaci tekstu Demirskiego. Bardzo jest to wszystko śmieszne (bez ironii!), a przy tym także bardzo smutne, bo pod grubą warstwą bałaganiarskiej zabawy formą Demirski przemyca gorzkie rozliczenie z transformacją ustrojową, dokonane z zaangażowanej lewicowej pozycji.
W momencie prapremiery echa transformacji wciąż odbijały się czkawką w całym kraju, a już szczególnie w miejscach takich jak Wałbrzych. Ale echa przebrzmiały. W końcu wszyscy bohaterowie, poza wujaszkiem, jakoś się umościli w nowej rzeczywistości. Świat poszedł naprzód, a wraz z nim także polski teatr. Dziś widać, że takie postmodernistyczne zabawy formą jak powyższa nie zeszły całkiem ze sceny i pewnie jeszcze długo to się nie zmieni, ale ton nadają inne rodzaje wypowiedzi: z jednej strony skoncentrowane na sobie autofikcje o mniejszym lub większym natężeniu ekshibicjonizmu, a z drugiej – kto by się tego spodziewał w minionych czasach końca historii? – klasycznie uporządkowane formy dramatyczne, co chyba najwyraźniej uosabia sukces „Tęsknię za domem” Radosława Maciąga, uhonorowanego w 2024 roku Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną.
Po tym przydługim wstępie z nutą narzekania można wreszcie przejść do konkretów. Tekst Demirskiego jest nie tylko gęsty, błyskotliwy i najeżony przemycanymi niby mimochodem obserwacjami społecznymi. Przede wszystkim całym sobą narzuca kształt scenicznej wypowiedzi, i to w stopniu takim, że trudno dodać coś, co zmieni jego wymowę. Twórcy zresztą nie podjęli takiej próby, i dobrze. Spróbowali natomiast trochę go uaktualnić, aby lepiej rezonował z rokiem 2025. Chwała im za to. Tekst stawia wyraźny opór ich staraniom i najlepiej działa tam, gdzie się go zostawia w spokoju. Czyli, na szczęście, przez większość spektaklu.
Bałagan na scenie, cokolwiek uroczy, odzwierciedla kontrolowany chaos tekstu, a duch Czechowa przesiąka na deski teatru nie tylko poprzez język, ale też przez warstwę plastyczną. Dekoracje odtwarzają umownie wnętrze typowego mieszkania z, powiedzmy, połowy lat dziewięćdziesiątych, położonego gdzieś w bloku wschodnim – może w Polsce, a może w Rosji, kto to może wiedzieć? Kineskopowy telewizor (cud radzieckiej myśli technicznej) i postawiony na nim magnetofon dobitnie wskazują, że nie jesteśmy w Kansas… Telefony komórkowe? Są, bo w 2008 roku też były, ale w ich charakterze występuje, między innymi, butelka po wódce porwana ze stołu. Na stole stoi dostojny samowar, a kostiumy przenika duch eklektycznej pstrokacizny łączącej zgrzebną brzydotę z niezbyt wyrafinowaną elegancją.
Uwspółcześnione wątki widać m.in. w postaci Tielegina (Wojciech Kozak), którego zinterpretowano w duchu queerowym i nadano mu rys wielkomiejskiego geja, jakiego prędzej niż w Wałbrzychu spotkamy w Warszawie. W dialogach pojawiają się wzmianki o zamawianiu Ubera i noclegach załatwianych przez Airbnb, a także – to chyba najwyrazistsza aluzja do wałbrzyskiej teraźniejszości – o niedawnym zamknięciu Fabryki Porcelany „Krzysztof”. Gdy zaś w połowie spektaklu Astrow (Sebastian Flis) ma swoje pięć minut, wykorzystuje je nie na wygłoszenie improwizowanego monologu (czyli tak, jak to przewiduje tekst pierwowzoru), a na stand-up, czyli formę znacznie popularniejszą dziś niż w 2008 roku. To, tak przy okazji, jeden z lepszych momentów spektaklu.
Flis serwuje widzom serię żartów tak suchych, że można sobie na nich połamać wszystkie zęby, i puentuje ją, chyba na dobicie zmaltretowanego widza, łzawą piosenką Zenka Martyniuka. Przy tym tak zręcznie balansuje na granicy karykatury, że nie sposób jednoznacznie ocenić, czy chodzi tu o rozbawienie widowni czy o wyśmianie jej gustów. Jeżeli za miarę sukcesu przyjąć, że cała sala wręcz je mu z ręki, to faktycznie mamy tu do czynienia z węglem o małej kaloryczności zamienionym w diament.
Spektakl jest zresztą od początku do końca bardzo równy i każdemu może w nim przypaść do gustu inna sytuacja. Wszystko jest tu porządnie wyreżyserowane i zrealizowane, aktorzy dają z siebie bardzo dużo, nic się specjalnie nie sypie, no i na poziomie czystego rzemiosła jest to po prostu porządna robota. Półtorej godziny mija jak z bicza strzelił.
Niby więc się tu wszystko zgadza, a jednocześnie trudno mi uciec od wrażenia, że ani z tego przegiętego Tielegina, ani z Ubera, ani z fabryki porcelany i jej zwolnionych pracowników, ani nawet z tego Zenka Martyniuka nie wynika absolutnie nic, poza wymuszoną próbą siłowego wciśnięcia tekstu we współczesność, o której on po prostu nie opowiada. Nawet wątek złych deweloperów nie bardzo ma jak przebić się na powierzchnię, a źli deweloperzy to przecież dziś jeden z łatwiejszych chłopców do bicia i symbol kapitalistycznego zła.
To, co w tekście jest uniwersalne – czyli przede wszystkim zwątpienie w system, który obiecywał diamenty, a skąpi nawet węgla – wybrzmiewa aż nazbyt wyraźnie samo. Nie ma więc potrzeby queerowania Tielegina czy dopisywania wujaszkowi Wojnickiemu okropnego, łopatologicznego monologu, w którym wyraża się utopijne marzenie stołecznej lewicy o utraconej wspólnocie zjednoczonej pieczeniem chlebka bananowego i kiszeniem kimchi. Trudno zresztą uwierzyć, że ten akurat bohater mógłby być aż tak pozytywnie nastawiony do chlebków bananowych i kimchi. No ale taki to chyba ma być właśnie teatr: ostry i wyrazisty, jak kimchi. Problem w tym, że on jest już taki na poziomie tekstu, a ktoś, kto go dyskretnie przepisał tu i ówdzie, uzyskuje efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast wzmacniać komunikat, zamienia go w karykaturę.
Na całe szczęście mankamenty przedstawienia nie narzucają się przy odbiorze zbyt mocno. Ogląda się to bardzo przyjemnie, tekst wybrzmiewa; w sumie czego chcieć więcej? Wałbrzyskie „Diamenty…” to kawał solidnej, satysfakcjonującej tragikomedii: wyrazistej, drapieżnej, pełnej atrakcji i umiejętnie (oraz w zgodzie z tekstem) bawiącej się zarówno oczekiwaniami widzów, jak i różnymi kliszami. Rewolwer pojawia się na scenie i nawet strzela (strzelba Czechowa, wiadomo), ale nikt nie ginie. Bohaterowie ćwiczą ze sobą – i z publiką! – jak przygotować się na przybycie profesora, ale ten nie przybywa, bo umarł wiele lat temu, jakby na złość wujaszkowi.
I skoro o wujaszku mowa: gdy w początkowych scenach spektaklu bohaterowie zapowiadają widzom pojawienie się tej postaci, to rozpalają oczekiwania do czerwoności. Naprawdę można się spodziewać, że oto zaraz wejdzie na scenę porąbany wariat wyjęty żywcem z jakiegoś netfliksowego serialu i wywróci wszystko jak huragan. Tymczasem świetnie zagrany wujaszek okazuje się bodaj najmniej jaskrawą i zarazem najbardziej realistyczną postacią na całej scenie. To po prostu połamany życiowo, przeżarty żalem i resentymentem, średnio rozgarnięty mężczyzna w średnim wieku, trawiony obsesją niemożliwej już do zrealizowania zemsty – jeden z setek tysięcy facetów wyrzuconych na brzeg przez fale transformacji ustrojowej i zostawionych na pastwę losu. Świetna rola i ciekawa postać, chociaż z nie do końca wykorzystanym potencjałem.
Tacy wujaszkowie w 2025 i 2026 roku to już nie są ci sami wujaszkowie, co w roku 2008. Może ktoś kiedyś dopisze sequel o zemście wujaszków i o tym, jak się ich wykorzystuje do zbijania kapitału politycznego po prawicowej stronie mocy? Leończyk na szczęście nie próbuje takich rzeczy dopisywać Demirskiemu, i bardzo dobrze, bo, jak to pokazuje spektakl, kimchi jest super, ale nie ze wszystkim. Z chlebkiem bananowym bym go nie serwował.
Eryk Maciejowski
Dwutygodnik
[link do źródła]