teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

Czy naprawdę musimy , , żeby błyszczeć?
„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu w reżyserii Pameli Leończyk opowiadają o świecie, w którym ciągle słyszymy, że trzeba się starać bardziej i żyć efektywniej, nawet jeśli coraz trudniej nam oddychać.
Punktem wyjścia dramatu Pawła Demirskiego jest przewrotna wariacja na temat „Wujaszka Wani”. Profesor Sieriebriakow po międzynarodowej karierze wraca do miasteczka, gdzie jego bliscy wciąż tkwią w miejscu. Oczekiwanie na jego wizytę uruchamia lawinę rozmów i odsłania twarze ludzi zmęczonych rozliczaniem z własnej „przydatności”.
Twórcy zapraszają do stołu w prowincjonalnym domu, który płynnie przechodzi w ring bokserski czy gabinet psychiatryczny (scenografia i kostiumy Magdalena Mucha), co pokazuje, jak codzienność rozpada się na odrębne, często absurdalne strefy. Znakomita muzyka (Magdalena Sowul) dyskretnie towarzyszy scenom, podkreślając ich ironię lub ciężar. Choreografia (Dorota Furmaniuk) przypomina wewnętrzną walkę ciała z narzuconym porządkiem i rytmem świata.
Bohaterowie znaleźli się pomiędzy obietnicą a rzeczywistością. Mają poczucie, że reguły gry zostały ustalone, a im pozostaje tylko dostosować się albo zniknąć. Są ironiczni, bezradni, uparci. Aktorzy bardzo starają się, żeby było śmiesznie (Urszula Gryczewska, Wojciech Marek Kozak), choć najciekawsze są momenty refleksyjne. Świetny Rafał Kosowski gra Wojnickiego rozdartego między potrzebą sensu a zmęczeniem i nieustannym „naprawianiem siebie”. To ktoś, kto ciągle chybia, ale nie traci resztek godności. Sonia (Irena Sierakowska) jest pełna napięcia, ambicji i cichego lęku przed porażką, a Astrow (Mateusz Flis) – człowiekiem, który tonie w terapeutycznym monologu i swoich sucharach.
Spektakl mówi o turbokapitalizmie, wypaleniu, nierównościach, presji sukcesu oraz wspólnocie – kruchej, niedoskonałej, ale koniecznej – i potrzebie bycia razem, żeby się wzajemnie napędzać. Działa jak krzywe zwierciadło. Śmieszy, bo rozpoznajemy w nim siebie i absurdy ekonomicznego bełkotu. Boli, bo za żartem kryje się samotność i nieustanne porównywanie z innymi. Leończyk prowadzi narrację tak, by bardzo mocna komedia stopniowo traciła lekkość i nie pozwala, by śmiech zagłuszył pytanie o to, czy naprawdę musimy błyszczeć, żeby mieć prawo do godnego życia.
W pamięć zapadają sceny poetycko-surrealistyczne: senna wizja dumnej Soni, która próbuje na koniu wznieść się ponad wszystkich, którzy nieustannie ją oceniają, walka w ringu bokserskim – metafora codziennych zmagań z przeciwnikami: systemem, oczekiwaniami, własnymi ambicjami czy rozmowa z psychiatrą – groteskowy seans terapii, w którym słowa tracą sens, a diagnoza brzmi jak pusty slogan.
Każdy z nas startuje z innego miejsca. Ktoś mierzy się z chorobą, inny z brakiem energii. Różnimy się doświadczeniami, możliwościami i tym, ile kosztuje nas zwykły wysiłek dnia codziennego. Dlatego czyjeś „udało się” nie powinno być naszą porażką. To, że ktoś biegnie szybciej, nie znaczy, że my idziemy w złym kierunku. Mamy prawo rozwijać się w swoim tempie, a nasza historia nie musi wyglądać jak cudza.
„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” to portret zbiorowy, w którym odbijają się lęki współczesnych klas pracujących, prowincji i tych, którzy nigdy nie zostali zaproszeni do stołu sukcesu. Propozycja dla tych, którzy mają dość motywacyjnych haseł oraz chcą zobaczyć na scenie swoje zmęczenie i poczucie, że świat pędzi za szybko i nie da się za nim nadążyć. Daleki od taniego patosu spektakl, który nie poucza, ale zaprasza do zastanowienia się nad światem, który coraz częściej każe nam wierzyć, że jeśli nie dajemy rady, to znaczy, że to wyłącznie nasza wina.

Marcin Wojciechowski
OchKultura
[link do źródła]