„Ci, którzy będą żyli za sto, za dwieście lat i którzy będą nami gardzić za to, żeśmy tak głupio, tak bez smaku przeżyli nasze życie, ci może znajdą środki, żeby być szczęśliwymi…” – ubolewa Astrow w Wujaszku Wani, nie bez nadziei spoglądając jednak w przyszłość. Czyżby bezpodstawnie? Mija sto lat i Paweł Demirski w Diamentach to węgiel, który wziął się do roboty, przepisując Czechowa i dopisując, wykonuje wstępny rachunek na polu pogardy, głupoty i stylów życia. Sprawdza, ile zostało nam z tamtego wstydu, i jak bardzo zmieniły się jego powody oraz skala.
Skłonność do metateatralnych zabiegów polskiego dramaturga widać tu najszybciej. W najnowszym, już drugim podejściu Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu do tego tekstu, na swój sposób dialogizującym z prapremierą Moniki Strzępki z 2008 roku, czwarta ściana zostaje zniesiona, zanim zdąży zaistnieć. Reżyserka Pamela Leończyk już na wstępie przypomina, że jesteśmy w teatrze. Przynajmniej ci na scenie, a na początku duet Sonia (Irena Sierakowska) i Astrow (Mateusz Flis), są w pełni świadomi, że ktoś siedzi na widowni i ich obserwuje. Czują się więc zmuszeni, z mieszaniną wstydu i zażenowania, wyjaśnić, czym właściwie będzie to przedstawienie.
Przyczyną niezręczności jest jego główny bohater, czyli wujaszek Jan Wojnicki. W mniemaniu całego otoczenia zasługuje raczej na kilka sarkastycznych kawałów albo obojętne przemilczanie, a już na pewno nie na szczytną rolę głównego bohatera czegokolwiek, tym bardziej sztuki. Tego zdania są również Tielegin (Wojciech Marek Kozak), stały bywalec filharmonii, oraz pełna energii i zaradności niania (Urszula Gryczewska). Wojnicki, głosi ich wyrok, jest nazbyt nijaki, nawet w swoim buncie. To nieudacznik, którego, mimo to, wypada jednak, jeśli nie pokochać, to przynajmniej obdarzyć sympatią i zainteresowaniem, bo inaczej wieczór teatralny okaże się trudny do zniesienia. Na szczęście dzięki wcielającemu się w tę rolę Rafałowi Kosowskiemu nie jest to trudne.
Towarzystwo pije herbatkę, zajada ziemniaki, plotkuje, wymienia się uszczypliwościami, westchnieniami i narracjami, które raz tłumaczą i usprawiedliwiają, innym razem demaskują i kompromitują. Ten codzienny rytuał działa jak miękka zasłona. Przykrywa gęstą mieszankę resentymentu i oczekiwania, która zbiera się w powietrzu. Czekają na pojawienie się żądnego zemsty wujaszka, a także na wizytę obiektu jego gniewu, profesora Sieriebriakowa. Koleje państwowe mają go przenieść ze stolicy do prowincji, z Polski A do Polski B, może C, z centrum wydarzeń na peryferie niewydarzeń.
Pierwszy w końcu się pojawia, zapowiedziany, a jednak wciąż niespodziewanie, jakby wyskoczył z trzeciego aktu Czechowa. Od razu z rewolwerem w ręku, jak jakiś kowboj. Gotowy do boju, gotowy do gestu, który ma przesądzić o wszystkim. Wtedy nie trafił dwa razy, ale więcej to się nie powtórzy. Chyba. Tego się jednak nie dowiemy, bo los nie daje wujaszkowi drugiej szansy. Profesor, jak się okaże, nigdy już nie przyjedzie. Właściwie to już dawno nie żyje. Czyli przed nami swoistego rodzaju sequel. Muszkieterowie polskiej prowincji kilkanaście lat później. Chronologii i czasoprzestrzeni nie należy tu jednak traktować zbyt dosłownie ani jednoznacznie. Spektakl działa tak, jakby czas był raczej nastrojem niż osią, po której idziemy od przyczyny do skutku.
Widać to w konstrukcji przedstawienia. Całość często rozpada się na poszczególne sceny wyznań, popisowe, jak w przypadku Astrowa, numery muzyczne oraz nieco kompromitujący stand-up ze sprośnymi dowcipami z praktyki medycznej. Zamiast narastającego konfliktu dostajemy serię odsłon, w których postaci jakby testują, jaką maskę da się jeszcze utrzymać. Astrow u Czechowa i u Demirskiego różni się zresztą znacząco. U rosyjskiego klasyka jest inteligentny i wrażliwy, pełen melancholijnego idealizmu, który wygasa wraz ze zmęczeniem prowincjonalną rutyną oraz poczuciem, że jego wysiłek nie zmienia świata na lepsze. Astrow z wałbrzyskiego spektaklu ratować świata już nawet nie próbuje. Wyzbył się ambicji naprawy rzeczywistości na rzecz pomniejszych, przyziemnych przyjemności, jakby przestawił się z etyki na przetrwanie. Jest nieporadny i śmieszny, czasem bywa też żałosny, a ta śmieszność okazuje się tu najuczciwszą formą szczerości. Szczególnie na tle Soni, która chce więcej, choć jej plany podszyte są strachem przed niepowodzeniem. Idealizm sprzed wieku ustępuje u niej wyrachowaniu i cynizmowi nowszej daty, a marzenie o przyszłości zamienia się w rachunek ryzyka.
Liczne artefakty minionych epok, w tym czarno-biały telewizor i wszechobecne tapety na ścianach, budują domowe uniwersum, które miesza rejestry naturalizmu, groteski i abstrakcji. Dwa centra ciężkości tej przestrzeni to umieszczony z tyłu klozet oraz wielki, okrągły stół na miniobrotówce. W niektórych momentach kręci się niczym karuzela, z samowarem i porcelaną w środku.
Podobnie jak samo przedstawienie, które operuje różnymi odmianami humoru, od slapstiku i gierek językowych po surrealistyczny absurd oraz wybujałe fantazmaty. Za jedną ze ścian okazuje się ring bokserski, na którym Wojnicki w swoich marzeniach pięściami „zadośćczyni sprawiedliwości”, a Sonia w pewnym momencie wjedzie na białym koniu o rozmiarach zbliżonych do słynnego „daru Danajów” z Iliady. Raz dostajemy ćwiczenie w oklaskiwaniu mającego pojawić się profesora, innym razem prośbę do kogoś z widowni, aby przyniósł gargantuiczną kopertę, sztubacko doczepioną do jednej ze ścian. Wałbrzyski zespół, znany z autoironii i umiejętności wciągania widowni do wspólnej gry, świetnie się w tym odnajduje.
Nie ma w tym natomiast zadziorności, energii punkowej i kiczowatości poprzedniej realizacji. Leończyk wydaje się interesować czymś innym niż Demirski i Strzępka. Jest świadoma, że dorosło pokolenie urodzone po 1989 roku, dla którego transformacja nie stanowi już doświadczenia formacyjnego. Spektakl powstaje więc z myślą nie o przeszłości, a nawet nie tyle i nie tylko o teraźniejszości, ile o przyszłości i o tym, jaką wrażliwość ona może przynieść. Notka spektaklowa deklaruje, że „zespół chce opowiadać o alternatywnych wspólnotach”. Chodzi o wspólnotę, którą w ubiegłej dekadzie opiewały filmy i seriale, wspólnotę dziwaków, którzy mimo różnic trzymają się razem i mimo kłótni dbają o siebie nawzajem. Komunę tych, co na swój sposób wymknęli się powszechnemu „wyścigowi szczurów” i jakoś ułożyli sobie życie poza presją sukcesu. To życie nie nadaje się na instagramowe zachwałki, a jednak jest własne i niepozbawione godności. Ten wybór perspektywy zmienia też temperaturę finału. Jest nieco naiwny w swoim nawoływaniu do bycia bardziej „ludzkimi ludźmi”, ale w tej naiwności próbuje nakreślić rzeczywistą alternatywę, choćby wyjątkowo kruchą.
W każdym razie pole problemowe Diamentów nie traci aktualności ani uniwersalności. Nieważne, czy krzywa na grafiku mierzącym presję sukcesu zmienia swój kierunek, czy tylko inaczej się wygina. Dopóki istnieją zmiany, zawsze będą ci, którzy nie będą mogli albo nie będą chcieli się do nich dopasować. Dopóki istnieje centrum, będą też peryferie, choć czasem zmieniają się ich nazwy i dekoracje. Chyba że zmiany tak przyspieszą i prowadzić będą w kilku różnych kierunkach naraz, rozmywając wyraźne struktury i hierarchię, a przez to także kryteria wstydu i poczucia gorszości. I wtedy, za kolejne sto lat, które odmierzył nam Astrow, wreszcie „będziemy szczęśliwymi”, bo nie będziemy w stanie stwierdzić, gdzie są krawędzie statku historii i sukcesu, za którymi kołysze się ocean wstydu. I „ujrzymy niebo całe w diamentach […] i życie nasze stanie się ciche, łagodne, słodkie jak pieszczota”. Ale to za sto lat. Być może.
Henryk Mazurkiewicz
teatralny.pl
[link do źródła]