teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

W ubiegłym sezonie na polskich scenach zrealizowano kilka ciekawych adaptacji gotyckich horrorów. Warto wspomnieć m.in. o Drakuli Jakuba Roszkowskiego wystawionej w Teatrze Miejskim w Gliwicach (premiera 22.II.2025) czy Frankensteinie Grzegorza Jaremki z Teatru Współczesnego w Szczecinie (premiera 9.XI.2024). Teraz do grona miejsc, w których straszą upiory dołączył Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Na pojawienie się Drakuli Brama Stokera w repertuarze wałbrzyskiego teatru wpływ mieli mieszkańcy miasta. Tytuł do realizacji wybrano bowiem w otwartym głosowaniu PRAWYBORY U SZANIAWSKIEGO. Spektakl Zdenki Pszczołowskiej (premiera 18.X.2025) nie jest jednak klasyczną inscenizacją powieści grozy. W pierwszych minutach przedstawienia widzowie poznają (prawie) wszystkich kluczowych bohaterów. W oczy rzuca się przede wszystkim Lucy Westenra (Dorota Furmaniuk), która w świecie stworzonym przez reżyserkę różni się znacząco od jej literackiego pierwowzoru. Postać na scenie jest zblazowana, bezczelna, ale przede wszystkim nieprzerysowana. Poprzez takie środki wyrazu aktorka i reżyserka nadały jej podmiotowość brakującą u Stokera. Pojawiają się również adoratorzy Lucy: dwóch mężczyzn (Wojtek Świeściak, Michał Kosela) i jedna kobieta (Kinga Świeściak). Umieszczenie w wampirycznej opowieści wątku lesbijskiego świadczy o tym, że reżyserka zna i rozumie historię krwiopijców w kulturze.
Homoseksualna Carmilla z noweli Sherdiana Le Fanu pojawiła się przecież wcześniej niż Drakula. Symultanicznie na scenie obserwujemy historię Lucy oraz przeżycia Jonathana Harkera (Mateusz Flis) w Transylwanii. W tym momencie reżyserka ujawnia swój pomysł na postać Drakuli (Piotr Czarniecki) – milczenie. Milczenie niepełne, bo głos aktora odtwarzany jest z off-u. Obecny na scenie wampir wypowiada jedynie powitanie. Drakula nie musi posługiwać się słowem, żeby przerażać. Oglądając spektakl, zawsze dostrzeżemy za plecami bohaterów upiora spokojnie czekającego na okazję do ataku. Najbarwniejsze postacie całego przedstawienia wchodzą na scenę pod koniec pierwszego aktu. Jonathan w Transylwanii spotyka wampirze narzeczone Drakuli, które sprawiają wrażenie wyrwanych z zupełnie innej estetyki. Reżyserka postanowiła zmienić upiorzyce w drag queens. Trójka aktorów (Rafał Gorczyca, Ireneusz Mosio i Dominika Zdzienicka) świetnie odnajduje się w roli groteskowego chóru komentującego wydarzenia sceniczne. Gdy inne postacie posługują się wzorową polszczyzną, od wampirzyc otrzymujemy tylko: „Zamknij się, Janina”. Tak, nieśmiertelny demon w wałbrzyskiej inscenizacji nosi imię Janina. Głównym bohaterem spektaklu jest Profesor Van Helsing. Inscenizatorka postanowiła dokonać kolejnego gender swapu, obsadzając w tej roli wybitną Irenę Wójcik. Jej oszczędny i przekonujący styl gry idealnie odpowiada postaci zdecydowanej łowczyni wampirów. Język Van Helsing jest syntezą medycznego żargonu i wojskowych meldunków. Paradoksalnie, to właśnie holenderska profesor najbardziej przeraża bohaterów spektaklu. Szalony pomysł ekshumacji i zbezczeszczenia ciała zmarłej Lucy wywołuje popłoch większy niż perspektywa konfrontacji z demonicznym hrabią. Pod względem kunsztu aktorskiego kreacja Wójcik jest największą zaletą Draculi. Język w spektaklu Pszczołowskiej służy odróżnieniu martwych od żywych. Po jednej stronie możemy umieścić Lucy, jej kochanków, Minę (Joanna Łaganowska) i Jonathana, zaś po drugiej znajdują się kampowe wampirzyce oraz opętana przez hrabiego Reni (znakomita Angelika Cegielska). Łowcy upiorów posługują się językiem współczesnym, ale nawiązującym do stylu Brama Stokera, natomiast nieumarli poprzez groteskowe słownictwo dekonstruują poetycką atmosferę grozy i tajemniczości. Dzięki ironii to właśnie wampiry wydają się bardziej świadomymi postaciami niż polujący na nich ludzie. Natomiast poza tym spektrum sytuuje się konflikt dwóch lakonicznych postaci Van Helsinga i Drakuli. Spektakl wizualnie stoi na przyzwoitym poziomie. Scenografia przygotowana przez Annę Oramus zwraca uwagę przede wszystkim gigantycznym pająkiem, który podwieszony na linach góruje nad bohaterami widowiska. Za kostiumy odpowiadała Magdalena Mucha, stworzyła kampowe wariacje na temat wiktoriańskiej elegancji. Wyróżnia się zwłaszcza różowy strój Furmaniuk. Dzięki charakteryzacji wygląd Czarnieckiego w roli demonicznego hrabiego przywodzi na myśl ikonicznego Gary’ego Oldmana z filmu Francisa Forda Coppoli. Jednocześnie Drakula przypomina bardziej przerażającego starca znanego z powieści niż eleganckiego gentlemana z popkultury. Atmosferyczna muzyka bogata w niskie tony jest dziełem Andrzeja Koniecznego. Warstwa dźwiękowa spektaklu niepokoi widzów nie mniej niż ogromny pająk nad ich głowami i spacerujący we mgle upiór. Reżyserka postanowiła zakończyć widowisko w nieoczekiwanym momencie i zaskakującym morałem; dość
powiedzieć, że Flis przenosi nas nagle w świat „czystości rasowej”, w której osiągnięciu pomogli bohaterowie wydarzeń widzianych przed chwilą na scenie. Epilog przedstawienia jest ostatecznym aktem dekonstrukcji wielkiej, dziewiętnastowiecznej narracji. Nic więc dziwnego, że widzowie mogą wyjść ze spektaklu skonfundowani. Dzięki puencie jednak dzieło pozostaje groteskowym aż do samego końca. Wałbrzyski Dracula wyróżnia się na tle innych gotycyzujących spektakli przede wszystkim ironicznym podejściem do odgrywanych wydarzeń. Odnoszę wrażenie, że reżyserka znalazła złoty środek między niepokojącą atmosferą i bezlitosnym kampem. Ostatecznie przedstawienie może spodobać się zarówno wielbicielom klasycznej literatury grozy, jak i zwolennikom nowoczesnego teatru.

Adam Oleradzki
SCENY POLSKIE nr 23/2025
[link do źródła]