teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

Lubię oglądać teatralne powroty. Zazwyczaj to reżyserzy wracają do dawnych tekstów jak Jan Klata po jedenastu latach do „Termopil polskich” w Teatrze Narodowym. Publiczność czeka też na 28 lutego 2026 roku – kiedy w Teatrze Słowackiego w Krakowie w 123. rocznicę prapremiery Maja Kleczewska wystawi „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego, domykając po „Dziadach” i „Weselu” swój rocznicowy tryptyk. Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu również wraca do swojej prapremiery. Po siedemnastu latach ponownie mogliśmy obejrzeć drugie w historii wystawienie dramatu Pawła Demirskiego „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”. Za tę „polską” przeróbkę „Wujaszka Wani” Antona Czechowa wzięła się Pamela Leończyk.

Trudno nie pokusić się na porównywanie obydwu inscenizacji. W 2008 roku Monika Strzępka wyreżyserowała na Scenie Kameralnej spektakl pełen ironii, z kostiumami inspirowanymi późnodziewiętnastowieczną modą, gorzki, ale pozbawiony sentymentalizmu, podszyty gniewem i rozczarowaniem efektami transformacji. Wszystkie postacie były przerysowane, wzbudzające na przemian litość i śmiech. Mnie – świeżo upieczonej studentce polonistyki – zapadły w pamięć język Demirskiego i energia płynąca od aktorów. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że gościnnie (niemal wszystkie role były gościnne) na scenie występowali przyszli aktorzy tworzący trzon zespołu Szaniawskiego do połowy lat dwudziestych XXI wieku. Byli to Włodzimierz Dyła jako Wujaszek oraz Agnieszka Kwietniewska dublująca w roli Soni. Pamela Leończyk oddziela tamten spektakl grubą kreską od swojej interpretacji. Na Dużej Scenie proponuje przedstawienie o znacznie niższej amplitudzie emocji, odchodzące od transformacyjnych rozliczeń (co charakterystyczne dla pokolenia Y, do którego obydwie należymy) na rzecz refleksji nad alternatywnymi wspólnotami i poszukiwaniem nowego celu.

Dramat Pawła Demirskiego zawiera liczne metaodniesienia do samego teatru i jego roli. Najnowsza realizacja komentuje relacje sceny z publicznością, bycie oglądającym i oglądanym, co wpisuje się w obszar zainteresowań współczesnej teatrologii i krytyki. W pierwszej scenie Irena Sierakowska jako Sonia oraz Mateusz Flis w roli Astrowa zwracają się wprost do widzów, komentując przygotowania do wizyty Profesora Sieriebriakowa i jego żony Heleny w domu Wujaszka Wani. Nie zaryzykowałabym tezy, że spektakl jest credo reżyserki, ale po namyśle – zwłaszcza wobec mojego zdziwienia wyborem tekstu Demirskiego – widzę, że dramat wyraźnie wpisuje się w dotychczasowy repertuar tej reżyserki młodego pokolenia. Pamela Leończyk pokazuje mechanizmy działania opozycji my i oni, i stawia pytanie o możliwość istnienia wspólnoty bez hierarchii i dominacji. Leończyk podkreśla wagę demokratycznego procesu prób i stosowania zasad porozumienia bez przemocy, co koresponduje z kolei z misją i definicją Teatru SZA-NIAW-SKX za dyrekcji Seba Majewskiego. Sufiks „x” w nieoficjalnej nazwie instytucji akcentuje inkluzywność i poszanowanie różnorodności. Na stronie teatru czytamy, że jest on „odpowiedzialny, uczestniczący w procesie rozmowy społecznej i politycznej, otwarty, obywatelski i demokratyczny, poszukujący nowych języków teatralnych, jednocześnie ciągle kontynuujący i szanujący tradycje własne i Regionu”. Spektakl Leończyk wpisuje się w tę deklarację.

Głównym bohaterem „Diamentów…” – z tych, co go trudno polubić – jest Jan (już nie Iwan) Wojnicki, grany przez Rafała Kosowskiego. Wujaszek (jak milion podobnych polskich wujaszków) jest wielkim przegranym transformacji, ale nigdy nie marzył o tym, by stać się oszlifowanym diamentem ze stolicy. Pozbawiony (życiowego) celu, za każdym razem chybia w Profesora – co jest zarówno grą słów Demirskiego, jak i dosłownym atrybutem bohatera, czającego się z rewolwerem na szwagra. Kosowski, w czerwonych trampkach, z dezynwolturą gania z bronią w ręku między pokojem a ubikacją. Jego Wujaszek jest śmieszno-gorzki. Pozostali domownicy – wbrew sobie – orbitują wokół niego, jednocześnie tęskniąc za światem, który reprezentuje Profesor, choć nie potrafią się w nim odnaleźć. Ani wypalony zawodowo Astrow, popijający i wygłaszający terapeutyczne bon moty, śpiewający przy tym piosenkę Zenka Martyniuka, ani odmłodzona przez Urszulę Gryczewską Niania, ani Tielegin w kreacji Wojciecha Marka Kozaka, skupiony na jedzeniu i czekający na kolejny pokaz w operze, ani wreszcie zakompleksiona Sonia, dla której wyznacznikiem sukcesu jest styl bycia Heleny. Reżyserka prowadzi aktorów przez tekst Demirskiego całkiem serio. Nie jest to wprawdzie gra realistyczna, lecz i komediowo-burleskowy charakter prapremiery ustępuje miejsca graniu „w sprawie”. Aktorzy są oddani postaciom, szczególnie Irena Sierakowska, której reżyserka dopisuje scenę snu: jako Galopująca Deweloperka wjeżdża ona na naturalnych rozmiarów plastikowym koniu „po swoje”.

Pamela Leończyk pracuje w zgranym, sprawdzonym zespole. Poszczególne, czasami luźno powiązane estetycznie sceny spajają muzyka multiinstrumentalistki Magdy Sowul i scenografia Magdaleny Muchy. Rodzinny dom Wujaszka lata świetlności dawno ma za sobą i nabrał charakteru vintage. Smętnie zwisa lampa z porcelanowym kloszem w różyczki; na okrągłym, nakrytym obrusem stole stoi bolesławiecka zastawa; bohaterowie Czechowa chodzą w futrzanych czapkach i chustach na głowie. Scenografia jest jednocześnie reliktem epoki z samowarem w kącie i obrazem świata na opak. W głębi pokoju, po schodkach w górę, ukryta została w przerobionym schowku ubikacja. Stół umieszczono na obrotówce, krzesła są koślawe, stoją bokiem, oparte tylko na jednej parze nóg. W pomieszczeniu dominuje wielkoformatowy portret całej rodziny z tajemniczym Sieriebriakowem (czy to celowy żart, że nie znamy tej twarzy?) i jego żoną, której wizerunku użyczyła Dorota Furmaniuk – choreografka spektaklu i aktorka SZA-NIA-WSKX. Ze zdjęcia wystają trójwymiarowe elementy: spodnie Profesora i chusta Heleny – jak w książkach dla dzieci z efektem wow. Ten popartowy klimat widoczny jest także na komiksowym plakacie Jakuba Idzika z motywem rewolwerowca. Cała oprawa wizualna spektaklu zbudowana jest na resentymencie – tylko czyim? Widzów z 2008 roku?

Spektakl czasem traci impet. Od żywiołowej dyskusji przy rodzinnym, suto zastawionym stole – gdy wszyscy mają jeszcze nadzieję na zmianę – przechodzi w senne wizje z puentą, że Profesor nie przyjeżdża, bo nie żyje. W dopisanym w zakończeniu monologu Wojnicki marzy o innej rzeczywistości: o małych, lokalnych, sąsiedzko-przyjacielskich i rodzinnych wspólnotach, w których rację bytu ma mały warzywniak pod blokiem, w którym można pogadać z panią Kasią. To w finale ujawnia się modelowy odbiorca spektaklu. To dla niego reżyserka bardzo subtelnie „aktualizuje” tekst Demirskiego – Sonia je małże zamiast krewetek (dostępnych obecnie w każdej lodówce w Biedronce), bohaterowie piją latte na sojowym, chcą mieć komfort powiększenia modelu rodziny „2+1 + pies”.

Krystyna Duniec i Joanna Krakowska zatytułowały swój tekst o wałbrzyskich spektaklach Strzępki i Demirskiego „Teatr spraw ważnych”. Teatr Pameli Leończyk również dotyka spraw ważnych, ale zamiast krytycyzmu proponuje krytyczną afirmację i wrażliwość. Nie wystarcza już terapia, work-life balance, pokoje wyciszeń obiecane przez bogate korporacje ani wycisk na siłowni (lub ringu bokserskim jak w jednej z sennych wizji). Dopóki będziemy czekać na swojego Profesora – niedoścignioną wizję sukcesu i dobrostanu opartego na finansowej stabilizacji, serwowaną nam przez turbokapitalizm, to nic się nie zmieni. Trwające nieprzerwanie od 1938 roku badanie Harvard Study of Adult Development na podstawie już trzeciej generacji badanych pokazuje, że kluczowym czynnikiem satysfakcjonującego, długiego i zdrowego życia są zażyłe relacje międzyludzkie, a nie pieniądze czy pełna sukcesów kariera. Jeśli przyjąć, że Leończyk swój spektakl adresuje nie do widzów pamiętających transformację, ale do swojego pokolenia trzydziestokilkulatków – z kredytami, bolączkami rodzin nuklearnych, psychoterapią, troską o mikrobiom za sprawą kimchi – wizja Wojnickiego, proponującego bliskie relacje nie tylko z rodziną, ale i sąsiadami, nie jest tak utopijna, jak mogłoby się wydawać.

Po wałbrzyskim teatrze krytycznym, której twarzami są między innymi Monika Strzępka i Paweł Demirski, Seb Majewski deklaruje zwrot ku teatrowi mieszczańskiemu, definiowanemu jako „możliwość przyjemnego spędzenia czasu w teatrze”. Nie nazwałabym „Diamentów…” ani doświadczeniem relaksującym, ani dającym znaczący społeczny impakt , ani teatralnym olśnieniem, ale z pewnością jest to spektakl, który chętnych widzów zostawia z pytaniem o to, co w życiu naprawdę jest najważniejsze.

Katarzyna Lemańska
Notatnik Teatralny
[link do źródła]