teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

Nie przypadkiem słowo „uśmiechnięty” stało się dla wielu w Polsce wyzwiskiem. W Wałbrzychu na scenie ludzie próbują jednak ze sobą rozmawiać.

Sonia kpi sobie ze współczucia. Robi sobie jaja z roztkliwiania się nad biednym wujaszkiem, którego jej postać w dramacie Czechowa szczerze kochała. Dziś – w intensywnym, przewrotnym wykonaniu Ireny Sierakowskiej – parodiuje sentymentalne uniesienia, współczucie, empatię. A może tylko naiwność? Głośny dramat sprzed prawie dwudziestu lat wrócił – w reżyserii Pameli Leończyk.

„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” to dramat Pawła Demirskiego sprzed osiemnastu lat, którego kołczerski tytuł nałożony był na fabułę „Wujaszka Wani” Czechowa – opowieści o rodzinie, która na palcach chodzi dookoła wielkiego profesora Sieriebriakowa. Tytułowy Wujaszek Wania, Iwan Wojnicki, jest mówiąc brutalnie rodzinnym przegrywem, krewnym pracującym na nieco szemraną karierę profesora. Demirski nakładał to na opowieść o ofiarach polskiej transformacji. Wojnicki jest u niego pogardzany przez rodzinę, bo „nastawiony roszczeniowo”. W dodatku jego próba buntu sprzed lat nie powiodła się – strzelał do profesora, a nie trafił. Przegrana jest podwójna, kpiny – bezlitosne.

Kim dziś jest Wojnicki? Jeden z najwspanialszych w Polsce aktorów średniego pokolenia, Rafał Kosowski, gra go ze spokojem i godnością, z dużą dozą czułości, za to zupełnie bez protekcjonalizmu. Inteligentny, wrażliwy, szczupły, przystojny mężczyzna – w poprzednim spektaklu grał go Włodzimierz Dyła, intensywny, charyzmatyczny, długowłosy olbrzym z rysem komediowego szaleństwa, ktoś między jurodiwym a legendą rocka na emeryturze. Wojnicki Kosowskiego jest zaskakująco stonowany – gdy w końcu mu się uleje, jego intensywność tym bardziej uderza. Ale daleko mu do frustracji rosyjskiego oryginału, który krzyczał, że gdyby nie okoliczności, byłby geniuszem na miarę Dostojewskiego czy Schopenhauera.

Wojciech Marek Kozak rozpaczliwie próbuje nadać swojemu życiu sens uczestnictwem w tzw. kulturze wysokiej – ale jego opowieści o chodzeniu do filharmonii mają w sobie tyle ironicznego naddatku, że mówi nimi o czymś zupełnie innym. Z kolei Mateusz Flis świetny jest jako Astrow – tu prowincjonalny lekarz, któremu zostały tylko anegdoty, ale usilnie robi dobrą minę do złej gry, a najbardziej przekonuje, gdy śpiewa przebój Zenka Martyniuka – z zerową ironią, z przejęciem jak przy wybitnej, poetyckiej balladzie. Wreszcie Niania w wykonaniu Urszuli Gryczewskiej – praktyczna, konkretna, dobitna, o statusie równym „państwu” – żadna tam sentymentalna wiejska kobieta z rosyjskich dworkowych fantazji.

Od „takiego Ruska” do pogrzebu Wajdy
Powrót dramatu w nowym wystawieniu to wciąż sytuacja wyjątkowa, która skłania do porównań. Od ponad dekady narzeka się, że współczesne polskie dramaty rzadko wracają na scenę. Owszem, istnieje wyjątek w osobie Doroty Masłowskiej. Ale zdecydowana większość ważnych tekstów dla teatru w ostatnich dwudziestu pięciu latach powstaje w Polsce najczęściej we współpracy z określonym reżyserem, z którym autor(ka) tworzy twórczy duet. Czy to „Tęczowa Trybuna 2012” Pawła Demirskiego, czy to „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka – najważniejsze dramaty ostatnich lat pokazują w Polsce swój potencjał z reguły tylko raz.

Taki duet przez czternaście lat Paweł Demirski tworzył z Moniką Strzępką, z którą „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” wystawił po raz pierwszy właśnie w Wałbrzychu 30 maja 2008 roku. Wkrótce potem na tę samą scenę trafiło „Niech żyje wojna!” – bezczelna wariacja na „Czterech pancernych i psa” o polskiej polityce historycznej, a zaraz potem: „Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej” – przedstawienie, w którym pochowali Andrzeja Wajdę, wywołując skandal i kreśląc jeden z najbardziej brutalnych scenicznych obrazów elit III RP na długo przed tym, jak rozliczenia elit III RP stały się w kulturze modne.

„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” są w pamięci polskiego teatru trochę przyćmione przez tamte dwa późniejsze, głośne wałbrzyskie spektakle. Ale to właśnie za „Diamenty” wzięła się dziś Pamela Leończyk – reżyserka z innego, młodszego artystycznego pokolenia. Tego, które zamiast robić choćby nieudaną rewolucję, woli wysłać postaci na terapię. Jak w „Podróży zimowej” Leończyk z Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie postaci ze sztuki Szekspira opowiadały akcję w zaciszu gabinetu, otrzymując psychologiczną pomoc. Demirski był zresztą trochę tego nurtu pionierem, a w oryginalnych „Diamentach” wysyłał wujaszka z kolei do psychiatry – ale to temat na inną opowieść.

Zmieniło się oczywiście więcej. W 2008 roku przepisywany brutalnie przez Demirskiego Czechow oznaczał „nieco zakurzoną, ale ciągle graną z przekonaniem klasykę”. Na przełomie 2025 i 2026 Czechow to już jeden z towarów eksportowych kultury brutalnego rosyjskiego kolonizatora, choć w samej twórczości dramatopisarza trudno takiego tonu szukać. No i jasne – starsi koledzy Pameli Leończyk zdążyli już uczynić Czechowa na nowo granym.

Uśmiechnięty klasyk
Ale to nie spory o granie rosyjskiej klasyki czy jej polskich przepisań – w końcu grany jest tu Demirski, a nie Czechow – są ważne przy „Diamentach…”, tylko spór o polski kapitalizm i o wyobraźnię. Tymczasem w wyobraźni reszty Polski, ale też własnych mieszkańców, Wałbrzych nie jest już miastem duchów i biedaszybów – choć te ostatnie wciąż się zdarzają; w 2024 roku straż miejska zlikwidowała 17 takich wyrobisk. Ale rewitalizacja miasta, spadające – również w Wałbrzychu – bezrobocie czy wreszcie euforycznie podkreślane przez media, a wręcz wyolbrzymiane powroty Polaków z emigracji zarobkowej do ojczyzny pozwalają na ostrożny ekonomiczny optymizm.

W 2008 roku ton był optymistyczny niemal obowiązkowo, a ostrożność w ocenie transformacji była radykalizmem. Joanna Derkaczew pisała w „Wyborczej” w entuzjastycznej recenzji pierwszych „Diamentów” Demirskiego: „Dziś przełomowe jest dostrzeżenie, że mimo rosnącego PKB, manif, parad równości i niższych krawężników dla niepełnosprawnych nadal być może nie żyjemy w najlepszym ze światów”. I to może pokazuje, ile się zmieniło od tamtego czasu. Bo, na miłość boską, „być może”? „Być może” nienajlepszy ze światów? Dziś to raczej na kogoś, kto twierdziłby, że jest dobrze i że jest to świat najlepszy, patrzono by jak na osobę niespełna rozumu – a nie na wkurzonego wujka. Nie przypadkiem słowo „uśmiechnięty” stało się dla wielu w Polsce wyzwiskiem.

Wujek miał rację?
Dziś niemal wszyscy jesteśmy takimi czy innymi wkurzonymi wujkami. I nawet pan premier Tusk stara się mówić do wkurzonych wujków, a nie do liberalnych profesorów.

Akcja u Demirskiego dzieje się osiemnaście lat po wydarzeniach z oryginalnego „Wujaszka Wani”. „Osiemnaście lat temu” w 2008 roku oznaczało graniczny rok 1990. Dziś, w 2026, „osiemnaście lat temu” oznacza właśnie rok 2008 – rok nie tylko prapremiery „Diamentów…”, ale też, trzy miesiące później, 15 września upadł bank Lehman Brothers. To data symboliczna dla globalnego kryzysu finansowego.

Choć w Polsce i w Wałbrzychu żyje się trochę lepiej, to przesadny entuzjazm wobec kapitalizmu stał się komiczny, a krzywdy wyrządzane przez kapitalizm – bardziej widzialne w kulturze (niezależnie od tego, czy widzialność ta cokolwiek rzeczywiście zmienia). Dlatego też to Wujaszek jest tu raczej zaskakująco spokojny, a otoczenie nerwowe. Nie żeby ten sceniczny powrót odbywał się po prostu pod znakiem triumfalnego „A nie mówiłem?”. Owszem – wujek sporo racji miał. Ale jego racja nie jest już ani skandalem, ani olśnieniem.

I wcale nie szkodzi to przedstawieniu, nawet mu pomaga. Bo fakt, że wyjściowe rozpoznanie nie jest już szalenie kontrowersyjne, pozwala w spektaklu Pameli Leończyk nie tyle stawiać jednozdaniową diagnozę, co postawić pytanie o to, co dalej, i skupić się na relacjach między postaciami, które muszą jakoś wyjść ze swoich baniek, nor, nisz czy innych stref komfortu – i próbować ze sobą rozmawiać. A jak ze sobą rozmawiają – zobaczcie w Wałbrzychu, bo „Diamenty” to zbiór aktorskich brylantów.

Witold Mrozek
Gazeta Wyborcza
[link do źródła]