teatr w wałbrzychu teatr w wałbrzychu
A A + A ++
ikona ikona

Spektakle realizowane w dwóch pierwszych dekadach XXI wieku przez reżyserkę Monikę Strzępkę i dramaturga Pawła Demirskiego budziły silne emocje publiczności, stając się szeroko komentowanymi wydarzeniami – nie tylko artystycznymi, ale także społecznymi. Fenomen tworzonego przez nich teatru – krytycznego, deklaratywnie lewicowego i komentującego polską rzeczywistość po transformacji ustrojowej – polegał na tym, że obok prowadzenia intertekstualnego, wielowarstwowego dialogu z klasyką literatury i podejmowania trudnych tematów, jak krytyka kapitalizmu i potransformacyjnych nierówności społecznych, pozostawał źródłem wysokiej jakości rozrywki.

Przedstawienia takie jak „Niech żyje wojna” i „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, 2010), „Tęczowa Trybuna 2012” (Teatr Polski we Wrocławiu, 2011) czy „W imię Jakuba S.” (Teatr Dramatyczny w Warszawie, 2011) łączyły społeczną wrażliwość z estetyką „niskich” gatunków teatralnych – farsy i kabaretu. „Wiedzieliśmy, że nie chcemy robić elitarnego nudziarstwa” – deklarował Demirski, zwracając uwagę zarówno na swoje przekonania polityczne, jak i na cel własnej twórczości. Nie bez znaczenia był też fakt, że wiele ważnych spektakli na podstawie jego tekstów powstało nie w wielkich metropoliach, lecz w mniejszych ośrodkach – takich jak Wałbrzych, który znalazł się wśród miast najdotkliwiej doświadczonych kosztami przemian gospodarczych.

Strzępka i Demirski stworzyli jeden z pierwszych w Polsce tandemów artystycznych opartych na stałej współpracy osoby reżyserującej i osoby zajmującej się dramaturgią. Pozwoliło im to na stworzenie wyrazistego teatru autorskiego, ale równocześnie doprowadziło do osłabienia zainteresowania innych reżyserów i reżyserek dramatami Demirskiego. Choć funkcjonowały one jako samodzielne utwory literackie – szybko włączone zostały do kanonu najnowszej polskiej dramaturgii, były publikowane i chętnie czytane – pozostawały tekstami jednorazowymi, nierozerwalnie kojarzonymi z teatrem Strzępki.

Przedstawienie wyreżyserowane pod koniec ubiegłego roku przez Pamelę Leończyk w Teatrze Szaniawskiego jest dowodem, że może się to kiedyś zmienić. Prapremierowa inscenizacja dramatu „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” odbyła się na tej samej, wałbrzyskiej scenie w 2008 roku. Siedemnaście lat później wystawiła go młoda reżyserka, która podjęła próbę nadania mu drugiego życia. Przedstawienie Leończyk dowodzi tylko częściowej aktualności inscenizowanego tekstu. Podobnie jest z jego samodzielnością: choć nowsza inscenizacja jest autonomiczna, nie sposób odczytywać jej w oderwaniu od spektaklu Strzępki, co dodaje kolejne piętro do intertekstualnej konstrukcji dramatu, będącego parafrazą „Wujaszka Wani” Antona Czechowa.

Tekst Demirskiego jest artystycznym komentarzem do społecznych kosztów neoliberalnych przemian z lat dziewięćdziesiątych. Autor skupił się na doświadczeniu klasy pracującej ze zdegradowanych regionów przemysłowych, gdzie likwidacja zakładów pracy skutkowała masowym bezrobociem. Takie doświadczenie było udziałem wielu mieszkańców i mieszkanek Wałbrzycha. Lokalny kontekst został połączony z szerszą krytyką kapitalizmu, systemowych niesprawiedliwości i pogłębiających się nierówności społecznych. Jedną ze sfrustrowanych ofiar nowego ustroju jest postać wujaszka Wojnickiego – tytułowego bohatera dramatu Czechowa, ukazywanego w – aktualnych i lokalnych – polskich realiach. Mimo zapowiedzi, że spektakl Leończyk osadzony zostanie w aktualnej rzeczywistości społecznej – różnej od tej z końca lat dziewięćdziesiątych – przedstawienie, poza nielicznymi nawiązaniami do współczesnych zjawisk, nie zmienia znacząco ani nie uwspółcześnia inscenizowanego tekstu. Wprowadzenie odniesień do GPS, MMA, Ubera i internetowych influencerów czy pojawienie się na scenie deweloperki na białym (niemal naturalnych rozmiarów) koniu nie niweczy proponowanej przez Leończyk uniwersalizacji tekstu Demirskiego. Niestety – pomimo obecności kilku interesujących tropów interpretacyjnych i inscenizacyjnych – nie prowadzi to też do radykalnie nowego odczytania znanego dramatu.

 

Akcja spektaklu rozgrywa się w kuchni domu wujaszka, gdzie bohaterowie – niczym u Becketta – oczekują na przyjazd krewnego: profesora z wielkiego miasta, przywołującego na myśl Leszka Balcerowicza i uważanego przez rodzinę za człowieka sukcesu. Kolejne rozmowy stopniowo odsłaniają tęsknoty, aspiracje i kompleksy poszczególnych postaci. Ujawniają też gorycz przepełniającą Wojnickiego, który – jak się okazuje – od lat marzy o zastrzeleniu profesora. Ukazując tę sytuację, Leończyk zrezygnowała z kabaretowej przaśności proponowanej przez Strzępkę. Scenografia w jej spektaklu nie odsyła do żadnej konkretnej epoki: znajdujące się we wnętrzu meble, zwłaszcza kuchenny stół z samowarem, wydają się przestarzałe nawet jak na lata dziewięćdziesiąte. Nad sedesem umieszczony został, niepasujący do reszty scenerii streetartową stylistyką, slogan „Capitalism breaks my heart”, upowszechniony przez aktywistów po kryzysie finansowym 2008 roku. Inne elementy nie przypominają wystroju współczesnego mieszkania. Wrażenie odrealnienia potęgują kostiumy, które w większości wyglądają jak hybryda współczesnej mody i wyobrażeń o małomiasteczkowym guście (scenografia i kostiumy: Magdalena Mucha). Niejednoznaczna, miejscami dziwaczna warstwa wizualna kontrastuje z zaskakującą zwyczajnością głównego bohatera, który jako jedyny nosi nieekscentryczny kostium. Grany przez Rafała Kosowskiego wujaszek, który w tekście Demirskiego był absurdalnie komiczny, a na scenie Strzępki stawał się własną karykaturą, nie jest ani dziwaczny, ani śmieszny.

To raczej pozostali członkowie rodziny wydają się obłąkani w swoim braku zrozumienia dla rozgorączkowania i zacietrzewienia Wojnickiego, który niczym Kasandra bezskutecznie próbuje objaśnić im otaczający świat. Mimo snutych przez siebie posępnych wizji rzeczywistości, wujaszek jest dla bliskich raczej obiektem politowania niż lęku. Bywa wyśmiewany za „mówienie do rzeczy”, czyli tyrady kierowane do znajdujących się w domu przedmiotów, lecz to właśnie ten zwyczaj – i sposób jego nazwania – kryje w sobie jedno z kluczowych przesłań spektaklu Leończyk. W przeciwieństwie do reszty rodziny Wojnicki rzeczywiście mówi do rzeczy. I choć chybił, strzelając do profesora, trafia w punkt, zauważając, że w systemie kapitalistycznym przegrywają nie tylko jemu podobni, lecz niemal każdy. Dowodzi w ten sposób, że jest zdolny do rozpoznania sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy bohaterowie. Budzi sympatię i jest jedyną jednoznacznie pozytywną postacią. Jego monolog o wrażliwości społecznej i tęsknocie za własnym miejscem – w którym nie trzeba marzyć jak czechowowskie trzy siostry o ucieczce do Moskwy, gdzie miałoby czekać je lepsze życie – przekonuje i porusza.

Przesunięcie akcentów w spektaklu Leończyk wydaje się nieznaczne – krytyka kapitalizmu znalazła się już w tekście Demirskiego i wybrzmiała w realizacji Strzępki. Wówczas jednak jej celem było ukazanie ciemnej strony systemu, który przez wielu przyjmowany był niemal bezkrytycznie. Lata, które upłynęły od prapremiery „Diamentów…”, zmieniły świadomość społeczną: dziś nie trzeba już nikogo przekonywać, że wprowadzenie gospodarki rynkowej, choć przyniosło korzyści beneficjentom systemu, łączyło się także ze stratami poniesionymi przez ofiary transformacji. Obnażając iluzoryczność przekonania, że przemiany były korzystne niemal dla wszystkich, a „wujaszkowie”, tacy jak Wojnicki, stanowili jedynie marginalną mniejszość, Leończyk wydobywa z tekstu Demirskiego to, co w innym momencie historycznym pozostawało na dalszym planie. Dziś, po zwrocie ludowym i pojawieniu się – także w teatrze – narracji przełamujących tabu wstydu klasowego, empatia wobec bohatera dramatu z 2008 roku wydaje się naturalna.

Wpisana w tekst, burząca czwartą ścianę metateatralna rama, w której postaci antycypują sceniczne zdarzenia, pozwala im wyrażać świadomość własnej przegranej. Większość z nas także zdaje sobie sprawę, że jest w podobnej sytuacji. Reżyserka nie musi więc – jak Strzępka – sadzać widzów przy umieszczonym na scenie stole, by wspólnie z aktorami i aktorkami obierali ziemniaki. Wiemy, że frustracja i resentyment nie są wyłącznie domeną Wojnickiego, którego postać precyzyjnie prowadzi Kosowski.

Tekst Demirskiego powstał w warunkach kapitalizmu dopiero dojrzewającego, a jednocześnie rozczarowującego już na tyle, że wybory prezydenckie i parlamentarne w 2005 roku wygrało Prawo i Sprawiedliwość – partia tworząca iluzję troski o tych, którzy „się nie załapali”, jak Wojnicki. Wystawienie „Diamentów…” kilkanaście lat później, w nowym kontekście historycznym, pozwala zobaczyć w tej postaci nie margines, lecz figurę reprezentatywną dla transformacji ustrojowej – osobę, która wcześniej od innych boleśnie rozpoznała jej koszty. Refleksja nad głównym bohaterem jest jednak jedyną, zaproponowaną przez twórców i twórczynie spektaklu, pogłębioną próbą rewizji znaczeń inscenizowanego tekstu.

Ponowne wystawienie dramatu Demirskiego to interesujący eksperyment; test aktualności tekstu, o którym – choć jest ważny – wkrótce pamiętałoby niewielu. Próba dowiodła, że inteligentny humor „Diamentów…”, podobnie jak wpisane w nie diagnozy, właściwie się nie zestarzały. Wyjątkiem jest – pozbawiona przez współczesnych realizatorów wyraźnego komentarza – postać profesora. Być może nie jest ona już zdolna do funkcjonowania jako symbol potransformacyjnego sukcesu, prowokującego zazdrość. W spektaklu Leończyk niemal całkowicie zabrakło kontekstu lokalnego, niezwykle ważnego u Strzępki. Nawiązania takie być może lepiej uzasadniłyby wybór właśnie tego tytułu, bo choć sztuka wciąż pozwala na wydobywanie istotnych wątków, żaden z nich nie jest dziś szczególnie odkrywczy. Wujaszek mówi do rzeczy, ale tematy, które porusza, są już dobrze rozpoznane. Wszystko to sprawia, że wałbrzyski spektakl – mimo że przemyślany, spójny, zabawny i przyjemny w odbiorze – wydaje się letni. Ponowne wystawienie dramatu „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” raczej nie stanie się impulsem do uruchomienia ważnej debaty społecznej.

Magdalena Rewerenda
Czas kultury
[link do źródła]