W otwartym głosowaniu podczas „Prawyborów u Szaniawskiego” widzowie zdecydowali, że w nowym sezonie teatralnym chcą obejrzeć sceniczną realizację „Draculi”. Wyzwanie wyreżyserowania i adaptacji powieści Brama Stokera podjęła Zdenka Pszczołowska. Napisana w 1897 roku gotycka historia hrabiego Draculi, co rusz skłania twórców, nie tylko zresztą teatralnych, do podejmowania kolejnych prób jej reinterpretacji.
„Dracula” w reżyserii i adaptacji Zdenki Pszczołowskiej jest solidnym, precyzyjnie skonstruowanym spektaklem. Jego największym atutem, obok rewelacyjnej obsady, jest umiejętne przeplatanie poszczególnych wątków na kilku planach. Realizacja tak rozbudowanej fabuły, jaką wymyślił Stoker, wymaga dużej pomysłowości od osoby podejmującej się nie tylko wiarygodnego odtwarzania chronologii czy związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, ale także zachowania klimatu charakterystycznego dla tej gotyckiej powieści.
Mimo najlepszych pomysłów inscenizatorskich nie byłoby to jednak możliwe bez współpracy z genialnym zespołem aktorskim. Te dwa elementy musiały ze sobą współgrać, by zagwarantować „Draculi” teatralny sukces.
Premiera „Draculi” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu
Dawno nie widziałam spektaklu, w którym udałoby się wygospodarować miejsce dla stworzenia tak rozbudowanych rysów psychologicznych dużej obsady. Dzięki tak sprzyjającym okolicznościom każda z postaci mogła zostać po mistrzowsku odegrana.
Pewien wyjątek stanowi tytułowy bohater. Hrabia Dracula grany przez Piotra Czarnieckiego jest wielkim obecnym, a zarazem nieobecnym. Jako pozbawiona głosu (jego kwestie odtwarzane są z nagrań) figura przemyka po scenie niemal bez wchodzenia w interakcje z innymi osobami. Z pewnością nie jest to jednak przeoczenie, a celowy zabieg, który podkreśla niedostępność i inność Draculi.
Dramat przeżywany przez młodego prawnika, Jonathana Harkera (w tej roli Mateusz Flis w dublurze z Czesławem Skwarkiem), który trafia do zamku Draculi, by pomóc właścicielowi w zakupie podlondyńskiej posiadłości i który orientuje się, że jego mocodawca ma złe zamiary wobec ludzi, w spektaklu traktowany jest bardzo serio.
Również miłosne i zdrowotne perypetie młodziutkiej Lucy (Dorota Furmaniuk) oraz stęsknionej narzeczonej Jonathana, Miny (Joanna Łaganowska) odgrywane są na scenie w melodramatycznej formie. Nie mniejszą powagą odznaczają się starający się wyratować Lucy z dziwnej anemii doktor Seward (Michał Kosela), specjalizująca się w tropieniu wampirów profesor Van Helsing (Irena Wójcik) czy prowadząca śledztwo Quincey P. Morris (Kinga Świeściak).
W najbardziej dramatyczną rolę wrzucony zostaje natomiast Wojciech Świeściak, grający lorda Artura Holmwooda, zakochanego do szaleństwa w Lucy i bezradnego wobec jej postępującej choroby. Czy zatem w tej gotyckiej opowieści wszyscy naprawdę boją się tajemniczego Draculi i nic nie rozbija przerażająco poważnej historii?
Totalitarne zapędy Draculi
Za element groteskowej, zbliżonej do stereotypowo wyobrażonej estetyki wampirycznych opowieści odpowiada trójka wampirów, drag queen, które nie grzeszą intelektem. Dominika Zdzienicka, Ireneusz Mosio i Rafał Gorczyca sieją na scenie zamęt i roztaczają swój trupioblady urok. Jednocześnie w pełnym zaślepieniu oddani są swemu panu – Draculi, który planuje przejąć kontrolę nad światem, a ludzi uczynić podobnymi do siebie. Kontekst czystości krwi, o którym beztrosko opowiadają wampiry i który w bezpośredni sposób nawiązuje do poglądów o charakterze faszystowskim, czyni gotycką historię dużo bliższą i bardziej uniwersalną, niż mogłoby się zdawać.
Totalitarne zapędy Draculi i bezrefleksyjnie wierne mu wampiry zaczynają budzić prawdziwą grozę, choć sceniczne wyobrażenie tych postaci może skłaniać do śmiechu. Podobnie z ostatnią bohaterką tej opowieści, pensjonariuszką zakładu dla psychicznie chorych, Renfield (Angelika Cegielska). Jej pozornie pozbawione sensu opowieści w finale mogą przyprawiać o ciarki, gdy zdajemy sobie sprawę, że boimy się już nie tylko przerośniętego nietoperza w czarnej pelerynie, ale czegoś, co wymyka się nauce i racjonalnemu myśleniu.
Figura strachu, tego, co może on robić ze społeczną wyobraźnią i jak pozwala przejmować władzę, wyłuskane zostały przez Pszczołowską z jednej z najsłynniejszych powieści grozy. Dla potrzeb sceny teatralnej niezwykle atrakcyjna okazała się wierność klimatowi roku 1897, gdy powstał „Dracula”, a aktorzy brawurowo odnaleźli się w konwencji melodramatyczno-groteskowej.
Nie można przejść obojętnie także obok warstwy estetycznej tego projektu. Kostiumy Magdaleny Muchy, scenografia Anny Oramus i wizualizacje Mai Szerel przeniosły Wałbrzych zdecydowanie bliżej Transylwanii. A „kropkę nad i” w budowaniu świata rodem z gotyckiego horroru postawił swoją muzyką Andrzej Konieczny.
Widzowie, którzy wybrali właśnie ten spektakl do realizacji, powinni być zadowoleni z efektów, jakie przyniosła ich decyzja. Najnowsze przedstawienie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu ma wszystko, czego można byłoby oczekiwać od inteligentnej, trzymającej w napięciu, ale też skłaniającej do refleksji realizacji teatralnej.
Katarzyna Mikołajewska
Gazeta Wyborcza
[link do źródła]