„Sienkiewicz Superstar” Groszyńskiej uświadamia bezradność wobec narracji, jaką narzucił nam autor „Trylogii”. Retoryka godnościowa jest skuteczniejsza od narracji krytycznej. A więc co dalej?

Niedługo po tym, kiedy Jan Klata w swojej „Trylogii” (2009) kazał aktorkom i aktorom galopować na szpitalnych łóżkach, Polska rozpoczęła cwał smoleński. Do warszawskiego Teatru Polskiego, gdzie spektakl był grany w ramach WST, szło się wśród tłumów obchodzących na Krakowskim Przedmieściu pierwszą rocznicę katastrofy. Dziś, gdy trwa „rekonstrukcja Marca” z krakowskiej inscenizacji pozostają w pamięci wypreparowane z powieści Sienkiewicza powtarzane gęsto słowa „parchu”, które teraz jakby nigdy nic wracają do dyskursu publicznego. Galop trwa nadal, choć jego dynamika przez tych dziewięć lat się zmieniła. Wiele się zdarzyło. Sytuacja – również w polu polityki historycznej – przyspieszyła. Dziś potrzeba już innych narzędzi i innego języka opisu. Jednak przeciwnik pozostaje ten sam.

Być może zresztą Paweł Demirski i Monika Strzępka mylili się w swej diagnozie, mówiąc z wałbrzyskiej sceny o Andrzeju Wajdzie jako o architekcie polskiej wyobraźni. Wajda – owszem – stworzył imaginarium polskości, jednak mimo wszystko polskości inteligenckiej. Polskości, która raz po raz czyniła rozmaite gesty retoryczne, by samej sobie udowodnić swoją wyższość. Może więc to wcale nie Wajda jest twórcą historycznej fantazji, w której żyjemy. W tym sensie spektakl Jana Czaplińskiego i Anety Groszyńskiej byłby nie tylko kontynuacją ich przedstawienia „Zapolska Superstar” sprzed trzech lat, lecz także polemiką z fantazjami na temat polskości z „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej Andrzej”, przedstawieniem granym w tym samym teatrze dziewięć lat wcześniej. W „Sienkiewiczu Superstar” architekt zbiorowej wyobraźni ma dużo większy wpływ na rzeczywistość niż Andrzej Wajda.

Zaczyna się od narodowego czytania dzieł Sienkiewicza. Powagę wydarzenia w reprezentacyjnej sali Pałacu Prezydenckiego zakłóca jedynie puszka po piwie, jakby przypadkiem pozostawiona pod samym sufitem pokoju, w scenografii Tomasza Walesiaka. Choć Narodowe Czytanie „Trylogii” w 2014 roku inaugurował Bronisław Komorowski, w spektaklu Groszyńskiej przemowę zaczyna ewidentnie Andrzej Duda (Michał Kosela), wspominając najbardziej upajające fragmenty „Trylogii”. Nie pozwala nawet Pierwszej Damie (Irena Sierakowska) przeczytać wybranych fragmentów. Podaje narkotyk, którym najłatwiej się odurzyć: opowieść o dawnej potędze, bohaterstwie, husarii – szum jej skrzydeł, jak przyznaje, ma zawsze w słuchawkach.

Zaczyna się więc od tego, co znamy najlepiej. Jan Czapliński i Aneta Groszyńska od początku nie pozostawiają wątpliwości, że przedstawienie będzie wypowiedzią polityczną. Na wielu poziomach zresztą. Otwierająca scena uderza bezpośrednio w politykę historyczną państwa polskiego. Później sprawy się coraz bardziej komplikują.

Sienkiewicza (Filip Perkowski) poznajemy w chwili, gdy przygotowuje mowę, jaką ma wygłosić przy okazji odebrania Nagrody Nobla. Nie idzie mu. Z wyższością godną Polaka chce potraktować i szwedzkiego króla, i wszystkich obecnych. Duma narodowa, którą chce manifestować nijak ma się do sytuacji, w której mowa powstaje. Z nogami w miednicy, bez spodni, w dwóch różnych crocsach – białym i czerwonym najwybitniejszy polski pisarz wygląda śmiesznie. Sekunduje mu żona Maria (Joanna Łaganowska) – wycofana i milcząca, umiejąca stanąć z boku, co – jak się okaże – było jej największym życiowym osiągnięciem. Podobnie jak śmierć na gruźlicę – jej imieniem pisarz nazwał fundusz dla artystów zarażonych tą chorobą. Ci z kolei powinni być pisarzowi wdzięczni, tymczasem cała młodopolska elita szczerze nim gardzi.

I tu dochodzimy do sedna sporu. Nie tylko o Sienkiewicza, lecz o opowieść o Polsce. I tej przed stu lat, i tej dzisiaj. Sienkiewicz po raz pierwszy rozmawia z Brzozowskim (Rafał Kosowski). Autor „Legendy Młodej Polski” traktuje go chłodno. Z dystansem mówi o jego twórczości, z ironią wypowiada się o nim jako najwybitniejszym polskim pisarzu. To znane rzeczy. I z pism Brzozowskiego, i z życia. Znany język i ton – nieco lekceważący, wyższościowy. Podszyty inteligencką drwiną. I wtedy Sienkiewicz rusza z ripostą. Bo właściwie skąd pretensje, że ludzie chcą go czytać, że wykupują cały nakład gazet, w których ukazują się kolejne odcinki jego powieści. Bo to może wy – mówi do Brzozowskiego – jesteście tacy nieprzysiadalni. Bo to może wy nie potraficie nawiązać kontaktu z czytelnikami. Zarzucanie Sienkiewiczowi tandeciarstwa i upajania ludzi polskością, narkotyzowania historią jest ze wszech miar słuszne. I sto lat temu, i dziś. Ale co z tego, skoro nikt nie potrafi stworzyć skutecznej kontrnarracji? Krytyka nie działa. Kto z pijących piwo spektaklowej marki „Polaczek” i urządzających na majówkę grilla czyta Brzozowskiego? A Sienkiewicza znają przecież wszyscy. Wzruszają się, gdy ginie Longinus Podbipięta. To jest przecież imaginarium każdego Polaka. I na tym polega skuteczność, spotęgowana kolejnymi ekranizacjami.

Dlatego też w drugiej części spektaklu Perkowski pojawia się nie tylko jako Sienkiewicz, lecz także jako jego dwudziestowieczne wcielenie – Jerzy Hoffman. Reżyser, który zrealizował film „Aby kwitło życie…” o Ludowym Wojsku Polskim, „Prawo i pięść” – polski western o Ziemiach Odzyskanych, przychodzi do ministra kultury (Piotr Mokrzycki), bo chce zrobić film o współczesności; krytyczny, bolesny. Na to nie ma oczywiście szans, jest rok 1968, a Hoffman to reżyser „z korzeniami”, więc by dowieść swojej polskości, za namową ministra bierze się za „Pana Wołodyjowskiego”. Tak jak Sienkiewicz wynalazł kulturę staropolską w wieku XIX, tak Hoffman ustanawia ją w zbiorowej wyobraźni, realizując kolejne części „Trylogii”. Tym samym staje się kolejnym – obok Andrzeja Wajdy – architektem zbiorowej wyobraźni. „Pan Wołodyjowski” (1968), „Potop” (1974), „Ogniem i mieczem” (1999) często powtarzane przez telewizję stworzyły kanon wyobrażeń o kulturze polskiej sprzed rozbiorów.

Na planie filmowym w „Sienkiewiczu…” szarżuje więc Daniel Olbrychski. Grający go brawurowo Rafał Kosowski punktuje raz po raz swojego bohatera. Jego Olbrychski to kabotyn, postać tyleż w swej bufonadzie śmieszna, ile jednak przerażająca, gdy zaczyna molestować koleżankę z planu (Irena Sierakowska). Bo też przecież – oprócz fantazji na temat polskości – Sienkiewicz, a za nim Hoffman, ustanowił fantazje seksualne Polaków. Fantazje na temat bohaterów i oddających im się w nagrodę kobiet.

Kobieta w opowieści Czaplińskiego i Groszyńskiej o Sienkiewiczu to bowiem albo Oleńka Billewiczówna, albo Maria Sienkiewiczowa. Tej drugiej autorzy wystawiają nagrobek, w którym sławią ją przede wszystkim za to, że umiała stać z boku i nie zabierać głosu. W pewnym momencie, blisko już finału, Joanna Łaganowska jako Maria z Babskich Sienkiewiczowa atakuje Pierwszą Damę Ireny Sierakowskiej właśnie za to, że stoi z boku, że nie zabiera głosu: „Ogarnij sobie nagrobek za życia, póki jeszcze możesz”.

Od początku w spektaklu obecna jest jeszcze jedna postać – Janko Muzykant (Sara Celler-Jezierska). To wyrzut sumienia autora „Trylogii”. Bohater czterostronicowej nowelki drukowanej oryginalnie w `„Kurierze Warszawskim” w 1879 roku, jeszcze przed „Ogniem i mieczem”. Janko chodzi więc za Sienkiewiczem, prosząc, by ten posłał go do szkoły. Chciałby wystąpić w konkursie Wieniawskiego; albo chociaż zdobyć podstawy muzycznej edukacji. Kiedy jednak mają już wreszcie otworzyć szkołę, gdy przyjeżdża pisarz, by otworzyć budowę, a burmistrz już trzyma kamień węgielny, okazuje się, że szkoły nie będzie. Bo w miejscu budowy znajduje się otoczony lokalnym kultem grób Podbipięty i mieszkańcy nie pozwolą, by zrównać go z ziemią.

Janko Muzykant jest być może najważniejszą postacią w tym spektaklu. To on, a nie nieprzysiadalny Brzozowski rzuca najcięższe oskarżenia. Bo przecież Sienkiewicz, zanim stał się fundatorem konserwatywnej polskości, był nowoczesny. Pisał reportaże z Ameryki, w których zauważał nierówności społeczne. Pisał o krzywdzie. Na wałbrzyskiej scenie wypomina mu to również Emilé Zola (Piotr Mokrzycki). O nierównościach społecznych jest przecież też „Janko Muzykant”. I teraz to on wypomina Sienkiewiczowi, jak ten się zatracił. Sara Celler-Jezierska płynnie z kreacji biednego chłopaka wchodzi w rolę ukraińskiej sprzątaczki, która za grosze i bez socjalu sprząta na planie filmu Hoffmana. A że nikt nie chce zagrać Bohuna, powierza się tę rolę jej, bo i tak ma stanowić tylko tło dla bohaterskiego popisu Daniela Olbrychskiego.

Tuż przed śmiercią Sienkiewicz szuka bohatera swojej noweli, chcąc go przeprosić. Prosi też Brzozowskiego, by te przeprosiny przekazał. Sam umiera ze słowami „A więc nie doczekam wolnej Polski” na ustach, które kazał mu wypowiedzieć biograf. Czapliński dopisał mu jednak kolejne zdanie: „I całe szczęście”.

Przedstawienie Groszyńskiej przede wszystkim uświadamia bezradność wobec narracji, jaką narzucił Sienkiewicz. Spektakl kończy się wymazaniem tysięcy stron narkotyzujących bredni o polskości i pozostawieniem tylko tych czterech, najważniejszych, stron z noweli o młodym skrzypku. To jednak pobożne życzenia. Wobec wyobraźni ufundowanej w „Trylogii” jesteśmy całkowicie bezradni. Nie są w stanie mu się przeciwstawić ani nieprzysiadalny Brzozowski, ani nawet Janko Muzykant, który zresztą w pewnym momencie pada w objęcia szalikowca z Marszu Niepodległości. Retoryka godnościowa jest skuteczniejsza od narracji krytycznej. A więc co dalej?

Może nie ma się co obrażać na popularne gatunki, które są skuteczne. Działają w polu ustanawiania narracji historycznej. Może trzeba spróbować je przechwycić? Zrobić melodramat o Ignacym Daszyńskim albo musical o Tadeuszu Kościuszce czy o Róży Luxemburg? A najlepiej serial.