Wałbrzyski „Schubert” to głęboki interdyscyplinarny szpagat między burzliwą romantyczną pozą i klubowym dopalaczem new romantic. To świat patrzony z ukosa, skrajnie dosłowny i całkiem abstrakcyjny – zupełnie jak użyta w nim muzyka.

Wszystko rozpoczyna się od kompozycji Wojtka Blecharza – od niej odbija się spektakl, kwartet smyczkowy d-moll Franza Schuberta, ruch w zadymionej przestrzeni wałbrzyskiej kopalni. Dwie wiolonczele, obiekty w geometrycznej instalacji Zuzanny Golińskiej, instrumenty w rękach kwartetu muzyków. Zanim kwartet zagra pierwsze takty „Śmierci i dziewczyny”, słyszymy jej muzyczny rewers: supły, szwy, główne wiązania. Szkielet partytury Schuberta, w której romantyczna gwałtowność przełożona zostanie na efekty perkusyjne, a same instrumenty przypominać będą ciała pocierane gąbkami, łaskotane pogrzebowymi tasiemkami. Sam kwartet grać będzie za chwilę z wnętrza dźwiękoszczelnej kabiny, stamtąd do miejsca przeznaczenia docieramy więc powoli, przechodzimy przez ceremonialne stadia pośrednie. Spokojnie z tym romantyzmem.

W najnowszym przedstawieniu Magdy Szpecht najczarniejszy dół miesza się z ostrą ironią. Przez przymknięte oko patrzy się na samego Schuberta, neurotycznego nieudacznika zatopionego w aurze groteskowej melancholii rodem z najsmętniejszych scen filmografii Roya Andersona. Schubert jest zagubiony i zlękniony, jakby nagle znalazł się po drugiej stronie procesu twórczego, wewnątrz partytury, która wbrew zamierzeniom staje się jego torturą, fatum. Śmierć przechadza się po tej stronie sprężystym krokiem, weselsze frazy zmieniają w barowe tancerki egzotyczne, roi się tu od pijaków, podejrzanych typów, matron o słusznej budowie i cnotliwych podlotków. Romantycznie rozbudzone samobójczynie odnajdują siebie na karczemnych stołach, a urżnięci w sztok panowie studenci budzą się zakopani na cmentarzach. To świat obserwowany z ukosa, skrajnie dosłowny i całkiem abstrakcyjny – takie połączenie jest wielkim sukcesem wałbrzyskiej ekipy. Sześcioro aktorów tutejszej sceny i seniorów, którzy nie ustępują zawodowcom kroku, z lekkością utrzymuje się jednocześnie w głębi i na powierzchni „Schuberta”. Razem z choreografem, Pawłem Sakowiczem, wykonują choreograficzny szpagat między burzliwą romantyczną pozą i klubowym dopalaczem new romantic.

Pochodzącym z epoki kontrastem dla sceny są fragmenty z dzienników Schuberta, które dramaturg Szymon Adamczak wybrał i skomponował tak, by bezustannie podważać nasze przywiązanie do niezobowiązującej formuły przedstawienia. To zwierzenia porzuconego kochanka, samotnika wyobcowanego ze społeczeństwa, wyznania samobójcze. Rozkołysana od brzegu do brzegu choreograficzna żyłka zostaje nimi dociążona, by sięgnąć mulistego dna rozpaczy. Trywialna piosenka „Pstrąg” staje się w ten sposób gorzkim wyznaniem, i to wtedy, gdy dosłownie tragiczny ton „Śmierci i dziewczyny” zjeżdża mocno w dół za sprawą ironicznej wokalnej fuszerki, z kursem na zderzenie czołowe z rozbujanym barem karaoke.

.

Mechanizm bezustannego odwracania kota ogonem doprowadza jednak do tego, że wreszcie pokazuje on swój pazur. Na ten moment pracuje kompozycja spektaklu. Po dawce absurdalnych gestów, decorum rozciągniętym jak guma, dzięki ironii wciąż jeszcze falującej w najniższych partiach teatralnego widma, gesty romantycznie przesadzone zaczynają nagle działać. W tym momencie „Schubert” staje się naprawdę przejmujący, a śpiewne, zbyt mocno dociśnięte frazy kwartetu zaczynają przechodzić w muzyczną histerię. Są jedyną możliwą odpowiedzią na nierzeczywistość spektaklu oraz samą nierzeczywistość melancholii, „stany nieistnienia”, które opisywała inna depresyjna artystka, Virginia Woolf. Wydobyć się ze stanu samozapomnienia za sprawą ekscesu, szoku, komicznej galopady – to znana strategia. Dopiero po tonie jawnej tragifarsy, osobliwych wyskokach, traumie o rozmiarach komiksowej karykatury – zapiski Schuberta nie trącą już podejrzanym, literackim werteryzmem, a melodramatyczne tony kwartetu odsłaniają w sobie zadziwiająco chłodną strukturę rozpaczy.

Nie jest to tylko sposób Szpecht na „odmłodzenie” Schuberta, nawet na głębsze jego zrozumienie. To kapitalna strategia terapeutyczna do zastosowania natychmiast: od rozpoznania struktury w melancholijnej zupie do pokrzepienia się jej kompozycją, jak w przypadku zbawiennej logiki utworu muzycznego. Jak pisała Woolf: „poza watą jest ukryty jakiś wzór; my – to znaczy istoty ludzkie – jesteśmy z nim związane; cały świat jest dziełem sztuki”. Szpecht uruchamia więc wszystko: muzykę, choreografię, artystyczną instalację, wreszcie teatr. I chyba jest nam lepiej.

 

Paweł Soszyński

dwutygodnik.com /wydanie 183/4/2016