I można by ten spektakl potraktować jak opowieść o Schubertowskiej drodze od zakochania, potem odrzucenia, aż do przedwczesnego zejścia z ziemskiego padołu, gdyby nie to, że reżyserka dodała do aktorskiego zespołu seniorów z lokalnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Ten spektakl ma zaledwie tysiąc słów” – mówi w krótkim wprowadzającym filmie kompozytor Wojtek Blecharz, który wraz z choreografem Pawłem Sakowiczem i reżyserującą całość Magdą Szpecht współtworzył „Schuberta. Romantyczną kompozycję na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. W rzeczy samej – słów w tym przedstawieniu jest niewiele, bo słowa, jak wiadomo, często są zbędne, co ponad wszelką wątpliwość udowadnia to znakomite dzieło.

Całość prowadzi wspaniała muzyka Franza Schuberta, a na ścianach wyświetlane są zapiski z jego dziennika: „Pokochałem, ale nie byłem kochany” – notował kompozytor. Albo: „Znów jestem samotny. Samotność jest siostrą śmierci”. I można by ten spektakl potraktować jak opowieść o Schubertowskiej drodze od zakochania, potem odrzucenia, aż do samotnego i przedwczesnego zejścia z ziemskiego padołu, gdyby nie to, że reżyserka dodała do aktorskiego zespołu seniorów z lokalnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Nie, proszę nie myśleć, że to jest jakaś społeczna interwencja mająca na celu aktywizację starszych osób. Szpecht potraktowała ich jak pełnoprawnych artystów mających do opowiedzenia także swoje historie. Podobnie zresztą zrobił Sakowicz, który nie stworzył układu choreograficznego do perfekcyjnego nauczenia się i wykonania. Zupełnie nie o to tu chodzi – nie o spektakularność, lecz o organiczność, o prawdę, wręcz czułość. Taką samą, z jaką Blecharz każe grającym na żywo muzykom Filharmonii Sudeckiej traktować instrumenty. Czy wiedzą państwo, jak wspaniałe dźwięki wydaje wiolonczela, którą się czule drapie po ślimakach, pociera podstrunnicę i smyrga po pudle rezonansowym?

Wałbrzyski „Schubert” to jeden z najpiękniejszych spektakli, jakie przyszły na świat w kończącym się właśnie sezonie teatralnym. A na pewno najsmutniejszy, choć może „melancholia” jest właściwszym słowem. Miło patrzeć, jak po trzech latach uwiądu jedna z ważniejszych scen teatralnych w kraju wraca pod artystyczną dyrekcją Macieja Podstawnego do znakomitej formy.

Mike Urbaniak

Wysokie Obcasy

25.06.2016