Najnowsze dzieło Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego zrealizowane w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, zaprezentowane podczas bytomskiej Teatromani, nie jest bynajmniej ponowoczesnym, fragmentarycznym, zmultiplikowanym performensem; nie jest także chaotycznym rewolucyjnym spektaklem w duchu ultraaktualnych dyskursów publicystycznych. "O dobru" to przejmujący traktat o uniwersalnych wartościach fundujących nasze człowieczeństwo.

Ten spektakl stanowi niezwykłą metateatralną opowieść o opowieściach. Na scenie spotykamy Amy Winehouse i Monikę Strzępkę, Carla Bernsteina i Andrzeja Kłaka, Sony Music Entertainment i Filipa Perkowskiego. Fikcja miesza się z rzeczywistością nie po to, by nas oczarować. Wszyscy oni mówią bowiem coś cholernie ważnego o nas, o naszym okrucieństwie, bezmyślności, roszczeniach, tchórzostwie i koniunkturalizmie. Dostaje się pierwszym szablom postępowej inteligencji, dziennikarzynom o rozdętym ego, masturbującym się nad trupem własnego etosu. Dostaje się wreszcie nam za bierność, za bileciki, za chciwość i bezduszność. Najprostsza z wszystkich prawd, o nieustannym kupczeniu sobą, innymi, o ponurym triumfie świata opowiedzianego "metaforą handlową".

"Money it’s a losing game" – śpiewa Marx, tańcząc z na wpół przytomną Amy na jej ostatnim koncercie w Belgradzie, ktoś gotuje rosół umierającemu redaktorowi, a wszystko to dzieje się w foucultowskim "szpitalu dla obłąkanych", w przytułku, we współczesnej odmianie zaświatów. Gdzie trwa dziwny eksperyment, w którym próbujemy na nowo poukładać ten stary i niezbyt wspaniały świat.

Czy da się ułożyć go na nowo, inaczej, skoro spierdoliliśmy już niemal wszystko? Skoro nie wyszła sprawiedliwość, demokracja, dekonstrukcja dyskursów wykluczających, skoro zawiodła elementarna ludzka przyzwoitość, współczucie i solidarność? Odpowiedz brzmi: tak! Wystarczy chcieć. Trzeba tylko odnaleźć w sobie swoje własne Watergate i wyjść, być może nawet przed szereg. Wystarczy odrobina wysiłku, wrażliwości na drugiego człowieka, słowem – przyzwoitość! Banał – powie ktoś. Może i tak, ale prawdy oczywiste najłatwiej zapomnieć. Szczególnie, gdy się cierpi onkologicznie: na mózgu zanik i obłęd od tych pomidorów kolorowo zmodyfikowanych.

Aktorzy wałbrzyskiego teatru grają wybornie: żonglują kreacjami, nieustannie zaskakują widza i chyba samych siebie. Może potrzebują udowodnić sobie, że Wałbrzych się jeszcze nie skończył, bez względu na to, jak wielu by sobie tego życzyło. Z niesłychaną precyzją i pasją jednocześnie używają, rozgrywają język, tekst dramatu Demirskiego.

Mówią tym specyficznym, przywodzącym na myśl kino Koterskiego językiem, coś, co widza dotyka, co widza obchodzi, coś ważnego. Nachalna publicystyka – powiedzą ci, co rozczarowani wolnością i obywatelskością sami sobie wystawiają świadectwo skretynienia – sztuka winna nieść coś więcej! Ruszyć z posad bryłę świata, czyż to nie wszystko? Czego więcej winniśmy od sztuki wymagać?

Jest w spektaklu Strzępki ów list, co to był zapewne dla wielu modnym atrybutem hipsterstwa, modnym atrybutem kontestatorskiego buntu. Tak jak teraz modnie jest się zeń wypisać, ostatecznie raz wprawiona w ruch machina rewolucyjna nigdy się nie zatrzymuje. I gdy już niemal głuchnę na argumenty, że to eksplozja wolności, że akt obywatelskiej odwagi, gdy dopada mnie rak ów mózgu, że może naprawdę "powinieneś się dziecko cieszyć z tej zupki jednodaniowej, co to ją z podatków ciężkich łaskawie ktoś Ci zafundował", rzeczywistość sztukę niemal zawstydza.

Wałbrzyskiej fantazji teatralnej odpowiada warszawska rzeczywistość. Świat ostatecznie jest przecież teatrem. I oto dowiadujemy się, że "derektor" Kraszewski w nagrodę za wzorową postawą urzędnika, służbę swą względem obywateli otrzymuje od miasta stołecznego i jego Prezydentki, w dobie permanentnego kryzysu, trzydzieści tysięcy złotych polskich nagrody, te trzydzieści co je zapewne zabrano Jarzynie. I ogarnia mnie wściekłość, i myślę sobie wtedy o dobru… O dobru "derektora" Kraszewskiego i o tym, na ile zupek jednodaniowych albo dań drugich starczyłoby te trzydzieści tysięcy. Absurd, naiwność, arogancja, kicz?

A przecież nie o to idzie, by jedna mała (śpiewająca) dziewczynka uratowała cały świat, ale o to, by cały świat zdołał uratować jedną małą dziewczynkę. Tylko tyle.

***

When you walk through a storm hold your head up high…

Michał Centkowski
Nowa Siła Krytyczna
26-05-2012