Dwa pogrzeby w dwa tygodnie – reżyser Marcin Liber ma niezłe tempo pracy. Ledwo opłakaliśmy pochowaną wreszcie definitywnie w Łodzi Antygonę, w Wałbrzychu spotyka nas ni mniej, ni więcej, tylko śmierć Boga. Po polsku, z pochówkiem na Wawelu.

Łódzkie przedstawienie to najciekawsza propozycja ostatniego sezonu w łódzkim Teatrze Nowym. Klasyczna tragedia rozpisana jest na skandujący rykiem ledwo zrozumiałe słowa chór państwowych żałobników. Wokół mundury, garnitury, armatnie salwy. Między nimi siostry Antygona (Agnieszka Kwietniewska) i Ismena (Dominika Biernat). One jedyne nie mówią wierszem, ich żałoba ma charakter współczesny i intymny. To depresja w pościeli z laptopem, na materacu niedbale rzuconym pośrodku sceny, tuż przed efektowną, lśniącą trumną – centrum celebracji. Proste, prywatne wypowiedzi sióstr wpisał w tekst Sofoklesa Marcin Cecko, dramaturg współpracujący na co dzień z Krzysztofem Garbaczewskim.

Choć dotychczasowe recenzje dopatrywały się w spektaklu głównie aluzji do Smoleńska, to mówi on bardziej o każdej politycznej lub artystycznej fascynacji śmiercią – powstańczą, partyzancką, romantyczną. Antygonie chodzi nie tylko o to, by pogrzebać brata, ale też by samej zostać wreszcie pogrzebaną raz a dobrze, by już nie powrócić w kolejnych inscenizacjach. Odchodzi w ostentacyjnie sentymentalnej i przeciągniętej scenie pożegnania, w naiwnym blichtrze dyskotekowych kul. Czy na zawsze?

Jeżeli kogoś irytuje ta rozstrojona harmonia i zainscenizowany nieład, powinien obejrzeć kolejne przedstawienie Marcina Libera w Wałbrzychu. Podobne tematy znajdują w nim zupełnie inną formę. „Na Boga!” to całkiem nowa sztuka, napisana w 2013 r. przez dziennikarza Jarosława Murawskiego – uwaga, niemal w całości trzynastozgłoskowcem. Swojski kicz jasełek Murawski łączy z ostrzem pióra dobrego felietonisty. „South Park” spotyka się tu z „Faustem” i „Dziadami”, kabaret z ludowym teatrem misteryjnym. Mamy więc multum ironicznych nawiązań do bieżącego życia politycznego. Dostaje się również głośnym postaciom ze środowiska teatralnego – tropicielom lewackich i gejowskich spisków w teatrze, ale też bohaterce ostatniej facebookowej afery z nowym papieżem w roli głównej.

Punkt wyjścia akcji to obyczaj „wodzenia Judosza”. Faktycznie obecny do dziś w jednym ze śląskich miasteczek, polega na oprowadzaniu człowieka przebranego w kostium niewiernego ucznia Chrystusa przypominający nieco chochoła. Na koniec pali się, ku uciesze zgromadzonych, przedstawiającą „Judosza” kukłę. W sztuce z tym obyczajem – jako antysemickim – zaczyna walczyć miejscowy ksiądz, intelektualista na parafialnym zesłaniu, z niezbyt chlubną przeszłością w teczce IPN.

W intrygę zaangażowane są także siły z piekła rodem. Szatan doprowadza do przewrotu w niebie, pokrzywdzonego Judasza wprowadzając na tron Stwórcy, który teraz ma być osądzony. Podczas procesu Bóg ginie jednak w zamachu terrorystycznym, by w trzecim akcie podczas monumentalnego pogrzebu powrócić i ostatecznie rozliczyć się z Polakami – swoim nowym ludem wybranym.

W podwójną rolę Boga Ojca oraz ojca polskiej rodziny brawurowo wciela się tu Włodzimierz Dyła – szerszej publiczności znany z roli Kazimierza Kutza w „Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej”, w której z kolei Monika Strzępka z Pawłem Demirskim pochowali polskiego laureata Oscara. Wałbrzyskiemu teatrowi pogrzeby widać dobrze robią.

Zanim jednak żałobny orszak wyruszy, odbywa się mowa oskarżycielska, wedle której Stwórca odpowiadać ma za przewinienia Kościoła uwikłanego w relacje z autorytarnymi reżimami, rozgrywki o ziemską władzę i wpływy. Dostaje się też Karolowi Wojtyle, co – jak wiemy – może mieć w naszym kraju konsekwencje karne. A z drugiej strony ksiądz jest tu jedną z bardziej sympatycznych figur, a pośród wszechobecnej na scenie groteski Rafałowi Kosowskiemu udaje się zrobić z niego postać przejmującą.

W tle przewija się ciągle śpiewający chór postaci spod krzyża. Wałbrzyscy aktorzy – jak demonstrujący na Krakowskim Przedmieściu – skandują: „Nie jesteśmy aktorami!”. „Na Boga!” to jednak nie tyle spektakl o Smoleńsku, ile raczej o roli, którą religia może odgrywać w społeczeństwie naznaczonym traumą.

W jednej z mocniejszych scen mężczyzna pokrzywdzony przez wymiar sprawiedliwości (Piotr Mokrzycki) niesie krzyż przez scenę, krzycząc w kółko: „Sądy są na usługach naszych wrogów, żydo-komuno-masonów!”. Wizja, w której rzeczywista krzywda znajduje odbicie w mesjanistycznej obsesji, robi jeszcze większe wrażenie niż równie wyrazisty finał. Spada w nim na scenę groteskowy las krzyży. Na nich Polacy – już dobrze ubrani, po „modernizacyjnym” awansie, ale wciąż z katolicyzmem na ustach – umieszczają samych siebie w miejsce niepotrzebnego już Boga. Krzyż zamiast znaku protestu staje się symbolem dominacji. A brawurowy dowcip dostaje mocną puentę.