"Niewierni" Piotrów Rowickiego (tekst) i Ratajczaka (reżyseria) powstali w Łaźni Nowej w Krakowie rok temu. I byli jedną z najsympatyczniejszych wypowiedzi scenicznych w ramach gęstniejącej już wtedy antyklerykalnej atmosfery. W innym młodokrakowskim teatrze – Nowym – w tym samym czasie z przytupem wyklinano biskupa, księdza i zakonnicę, którzy znęcali się nad wychowankami domu dziecka; z satysfakcją ukazywano też upokarzającą zemstę, jaką przygotowali im maltretowani. W Łaźni zaś, w przestrzeni zaaranżowanej jak nawa – ale z pustym oknem w miejscu ołtarza – młodzi aktorzy serią lekkich etiud opowiadali o powodach, dla których ludzie występują z Kościoła. Różnych powodach: dramatycznych i komicznych, poważnych i głupawych, zawinionych przez pychę katabasów, ale i przez krnąbrność i przekorę parafian, a niekiedy też przez rzeczywisty duchowy kryzys. Teatr nie oceniał tych decyzji. Każdą sprawę brał na ząb osobno, bez tanich uogólnień. Był mądrze nienapastliwy. Dojrzale empatyczny.

Powinności jurora kazały mi obejrzeć tytuł jeszcze raz – parę tygodni temu w Zabrzu na festiwalu "Rzeczywistość przedstawiona". Nie było czego zbierać. Nie z winy teatru przecież, bo w samym widowisku nic się nie popsuło. Ale teraz wystarczało, by aktor nałożył na głowę biret, by na sali wybuchały śmiechy. W powietrzu wisiała złość, niechęć, złe emocje – może odreagowanie obowiązku odsłuchiwania niedzielnych kazań? Albo telewizyjnych wiadomości pełnych mało sympatycznych newsów na temat "czarnych"? Było w tym coś z nastroju peerelowskiego, pamiętanego dziś jedynie przez najstarszych teatralnych górali, kiedy każdy prztyczek w "prominentów" wzbudzał na widowni mściwą radość, często w poprzek intencji teatru. Tyle że wtedy była cenzura, więc aplauz wywoływały aluzje ogólnikowe, na przykład ta o czerwonych baranach w "Kandydzie" Woltera. Dziś wali się wprost, po imieniu, nazwisku czy funkcji, choć wcale niekoniecznie celniej.

Człek się stara nie ulegać nastrojom, czy jednak może być całkiem od nich wolny? Prawie dziesięć lat temu Remigiusz Brzyk przygotował w łódzkim Teatrze im. Jaracza inscenizację ludowego moralitetu "Historia o Miłosiernej czyli Testament psa", czyniąc z niego grubiańską antyklerykalną satyrę. Diabli mnie wtedy brali chociażby na to, że gdy w toku akcji postacie – owszem: obwiesie, ladacznice i szubrawcy – stają w obliczu śmierci i zaczynają się dramatycznie modlić, inscenizator nie zmienia tonu, nie każe widowni spoważnieć. Kpina z aktu wyznania wiary in articulo mortis zdała mi się wtedy elementarnym, emocjonalnym nadużyciem. A dziś, gdy Brzyk powtarza inscenizację w poznańskim Nowym, łykam rechot w tej scenie bez oporu. Spowszedniał? Czy po prostu teatr (i cały świat) w coraz mniejszym stopniu pozwala rozróżnić, że głupi klecha głupim klechą, ale modlitwa modlitwą?

Brzyk zresztą podkręcił groteskowo-kabaretowy charakter widowiska, jakby z miejsca kasując poważniejsze oczekiwania. Było dużo o danielach jednego dygnitarza, maybachach drugiego. A za świetną scenę pod koniec wiele grzechów można mu odpuścić. Brazylijski autor uczynił Chrystusa, który przychodzi sądzić swoich wiernych, czarnym robotnikiem z plantacji. W Poznaniu to ortodoksyjny Żyd, w jarmułce i z pejsami. Sędzią jest surowym, ale za wstawiennictwem Miłosiernej zbawia jednak swe utytłane owieczki. Te zaś, w nieomal baletowej krzątaninie natychmiast wstawiają ich oboje do kiczowatej kapliczki, domalowują Matce Boskiej częstochowskie szramy, modelują we frasobliwe pozy, umajają polnym kwieciem. I spiesznie pomykają do swych draństw codziennych. Ot i cała msza.

Czy w tej atmosferze może znaleźć się miejsce dla potraktowanego serio traktatu teologiczno-politycznego?

Nie wiem, czy Jarosław Murawski wysyłał sztukę "Na Boga" na jakieś konkursy dramaturgiczne. Nie zdziwiłbym się wszakże, gdyby w lekturach nie wychodziła poza pierwsze eliminacje. To olbrzymi, prawie stustronicowy tekst. Pisany trzynastozgłoskowcem. Dość, bądźmy szczerzy, kulawym. I to kulawym nie w celach parodystycznych, gdy kiepści się wiersz

z pełną świadomością. Nie, kulawym po prostu: naiwnym, niedokładnym, miejscami częstochowskim. Za to tematycznie zakrojonym na niebotyczną skalę. Punktem wyjścia jest obrzęd "wodzenia Judosza": lżenie i poniżanie prowadzanego po wsi pokutnie ubranego Żyda oskarżanego o wydanie Chrystusa. Obrzędu pilnują diabły, snując dywagacje, "czyim człowiekiem" jest Iskariota, naszym czy tych z góry, może podwójnym agentem? Bo światek urządzony jest nie jak feudalne Królestwo Boże, tylko jak współczesna demokracja. Mamy komisję trójstronną, gdzie dogadują się wysłannicy piekła, nieba i Związku z Raju Wygnanych, wolno sądzić, dość reprezentatywnego. Lewacy też mają swoją ambonkę, podobnie jak pełniąca rolę chóru Polska Religijność Ludowa, w skrócie PRL.

Ludzkością, jak to w demokracji, rządzą media, którym podsuwa się newsy. Można odsunąć Boga i oddać rządy Judaszowi, rozpoczynającemu dzień, jak każdy lider, pytaniem o sondaże. Można pozwać Boga przed sąd. Oskarżycielem będzie proboszcz owej wioski od wodzenia Judasza. Po drodze miał zostać biskupem, ale diabły wykonały szacher-macher ubeckimi papierami, więc teraz, rozgoryczony, wybucha wściekłą filipiką przeciw odwiecznym grzechom Kościoła, za główny argument biorąc Antę Pavelićia, chorwackiego przywódcy faszyzmu pod katolickim sztandarem (ale i przedwojenne "Ateneum kapłańskie" ks. Stefana Wyszyńskiego pełne sympatii dla Mussoliniego). Bóg zostaje skazany, przez cały akt trzeci kona gdzieś w ukryciu. Zmartwychwstaje jednak na koniec i płomienną apostrofą ochrzanią od stóp do głów swój ukochany polski naród.

Jak to brzmi? Wariacko, nieprawdaż? Dramat Murawskiego rozlicza naraz Stwórcę, Polaków, polityków, macherów od mediów, głupków sprzed telewizora, Watykan, ustaszy, Krytykę Polityczną i PRL w nowym sensie skrótu. Miota się między całkiem porządnym patosem a płaską publicystyką, nie trzyma się żadnego tematu, spostrzeżenia przedniej klasy zderza z liczmanami, od których bolą zęby. Przy archaicznej formie i "gadanym" charakterze utwór nie powinien mieć żadnej szansy na sukces. I nie miałby jej, gdyby nie cud, skalą swą może i dorównujący przemianie z Kany Galilejskiej. Oto ludzie z Teatru Dramatycznego im. Szaniawskiego w Wałbrzychu w dzieło to bezwzględnie i do głębi… uwierzyli!

I nie chodzi nawet o staranność oprawy, świetną przestrzeń Grupy Mbter w światłach Mirka Kaczmarka czy muzykę Aleksandry Gryki. Chodzi o status tematu i tekstu. Nie muszę przecież tłumaczyć: współczesny teatr, ten ambitny, ma, by tak rzec, fabrycznie wbudowane nieskończone możliwości dystansowania się od własnej narracji, brania jej w formalne nawiasy, asekuracyjnej deziluzji. Nikt dziś już niczego ważnego nie gada dosłownie czy wprost, nie imituje pozascenicznej rzeczywistości. Opowieści są łamane, inkrustowane (cytatami z piosenek, obrazami z kultury pop), konfrontowane, kompromitowane. W którym to piecu oryginalna treść czasem się hartuje, ale częściej zaciera i uwieloznacznia. Czyż trudno o przykłady?

Otóż Marcin Liber i wałbrzyszanie nie dali się skusić na żaden dystans czy nawias. Nie wprowadzili projekcji, songów, metakomentarzy. Uznali jak za króla Ćwieczka: ma wybrzmieć tekst. Taki, jaki jest, z ułomnościami i wątpliwościami, których scena ma się nie wstydzić, nie wypierać, tylko szukać sposobu, by ich bronić. Z pełną wiarą. Niech będzie, że naiwną. Ma wypełniać tyrady aktorskim kunsztem, ma skupiać uwagę na wywodzie, a nie rozpraszać go w dygresjach. Bo właśnie to się widzom należy – nie formalne popisy! Powstał spektakl skupiony, skoncentrowany, powiedziałoby się, pięknie przejęty misją. Dojrzale grany przez wyćwiczony w rozmaitych poetykach zespół, ze świetnymi rolami. Mirosławy Żak ze ściągniętą do bólu twarzą, w skromnym uniformie, tworzącej przejmującego Lucyfera-szarą boską eminencję, którego każde wycedzone słowo ma światotwórczą siłę. Rafała Kosowskiego potrafiącego oskarżycielskim mowom eksproboszcza nadać impet teleportujący nas nagle przed niebiańskie trybunały, jak, przy wszystkich proporcjach, w "Samuelu Zborowskim". Włodzimierza Dyły, po swojemu knajackiego w sposobie bycia i mowy, a w finałowym, boskim błogosławieństwie/oskarżeniu wznoszącego się nagle w jakąś niesamowitą, promiennie czystą tkliwość. Z kulawego tekstu zrodziła się mądra dysputa/ misterium, fundowana na odwiecznej sile retoryki i na zbiorowym wzruszeniu o intensywności trochę już w teatrze pozapominanej.

Że co? Nie wierzycie państwo? To co z wami zrobić? Nie namówię przecież was, niewierne Tomasze i Tomaszki, żebyście gnali do Wałbrzycha i sami zobaczyli, jak w zwykły sobotni wieczór, gdy naród, zgodnie z socjologicznym stereotypem, winien tkwić z piwem w łapie przed telewizorem – w niewielkim teatrze stówa (z górką) nie nagonionych przez nikogo dorosłych osób wsłuchuje się we frazy współczesnego trzynastozgłoskowca przez trzy godziny i piętnaście minut (z dwoma przerwami), a potem zrywa się z miejsc i tłucze brawo. Prędzej spłonę w ogniu waszych drwiąco-sceptycznych spojrzeń i sam sobie zacznę perswadować, że, na Boga!, takich cudów to już nie ma.

"Najpierw jednak nie-wiara"
Jacek Sieradzki
Odra nr 1/01-14
16-01-2014