Pomysł na adaptację Majewski ma prosty, skuteczny. Nie musi wiele dopisywać – w końcu pozostawienie na pastwę losu statku pełnego muzułmanów brzmi zupełnie dramatycznie, przerażająco na czasie

Sebastian Majewski słusznie cieszy się opinią jednego z najlepszych adaptatorów prozy w Polsce; z kolei jego dramaty moim zdaniem są niedoceniane. Zmysł literacki nie zawiódł go też przy adaptowaniu Conradowskiego „Lorda Jima”. W pierwszej scenie jesteśmy w sądzie; ktoś kopie i wyzywa psa – a naznaczony kompleksem niższości, poczuciem winy i samopogardą tytułowy bohater myśli, że to on wyzywany jest od psów.

„Cisza ogarnęła budynek / ale pies został / i nagle / jakiś człowiek / potyka się o niego / o tego psa / pies odskakuje / a ten człowiek / podniesionym głosem / śmiejąc się / z lekka / mówi / co za nędzny pies / i w tym momencie / inny człowiek / na tej sali sądowej / odwraca się / gwałtownie / robi krok / naprzód / i zadaje pytanie / czy pan mówi / do mnie?”

U Conrada pomyłka z psem to znaczący, co prawda, ale jednak mikry epizod, mała wzmianka w biegu narracji. Majewski z reżyserem Maciejem Podstawnym budują z niego całą scenę – pełne napięcia otwarcie, mocne uderzenie na początek spektaklu z wyrazistą tezą.

„Lord Jim. Ćwiczenia z czytania powieści Josepha Conrada” to kolejna – po „Męczennikach” Anny Augustynowicz – wspólna produkcja Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatru Współczesnego w Szczecinie. Tym razem reżyseruje ją szef artystyczny wałbrzyskiej sceny.

Przedstawienie Podstawnego przypomina chwilami – zwłaszcza na początku – niektóre spektakle Need Company (np. „Pokój Izabeli”), kolektywu popularnego parę lat temu wśród polskich festiwalowiczów-teatromanów. Historia jest opowiadana przez zbiorowego narratora, rytmicznie podawana to śpiewem, to epicką relacją. Aktorsko wałbrzysko-szczeciński spektakl jest raczej nierówny; od kreacji błyskotliwych po kulejące, co nie zawsze pomaga „chóralnemu” pomysłowi na inscenizację. Wszystko dzieje się w zaprojektowanej przez Mirka Kaczmarka przestrzeni wybiegającej to w przeszłość, to przyszłość, jak powiązana konceptem wystawa w muzeum etnograficznym. Jest więc jakiś model statku i anachronicznie jakiś samolot, jakieś mapy, jakaś przestarzała broń biała i palna, jakieś kolekcje motyli; gabinet osobliwości, lamus tęsknot za chłopięcymi przygodami.

Spektakl dzieli się na dwie wyraźne części, które w zasadzie mogłyby istnieć niezależnie od siebie. Pierwsza trzyma się dość ściśle książki. Zdawana minuta po minucie, chwilami po prostu w punktach relacja z katastrofy ubierana jest w ramę procesu sądowego, chwilami – nieco slapstickowej sekcji zwłok. Sprawdzone dramaturgiczne patenty zostają tu jednak użyte z wdziękiem. Pomysł na adaptację Majewski ma prosty, skuteczny; rozgrywa zwłaszcza niepokojąco współcześnie wątki. Nie musi wiele dopisywać – w końcu pozostawienie na pastwę losu statku pełnego muzułmanów brzmi zupełnie dramatycznie, przerażająco na czasie. Zwłaszcza gdy pozostawiający bliźnich samym sobie bohater bez przerwy gada o honorze.

Druga część dzieje się w osobliwej krainie, której władcą zostaje Lord Jim. Zamiast Conradowskiego Patusanu jest tu Costa Guano – „w połowie drogi pomiędzy Costa Rica a Costa Caffee”. To coś między krainą króla Ubu a orientalizującą fantazją na temat festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, wyspa ludzi tyleż dumnych, co naznaczonych peryferyjnym kompleksem niższości, jak w oryginale wydobywających cenny ptasi nawóz. Odlewają podobiznę Lorda Jima z czekolady i biją na jego cześć rekordy wydajności. Będą śpiewali o nim pieśni, czasem na recytatową melodię „Te Deum laudamus”. Zaśpiewają pieśń o braku wątpliwości, a w innej wzywać będą historycznych patronów: „patrzmy oczami naszych ojców / przed siebie – oczami bolesława / za siebie – władysława z grunwaldu / w prawo spod wiednia – oczami jana / i z pretorii – oczami janusza” – ostatni bohater to oczywiście Janusz Waluś, polski terrorysta i zabójca lewicowego działacza z RPA; Walusia wziął ostatnio na sztandary bardziej skrajny odłam polskiej mainstreamowej skrajnej prawicy.

Wróćmy jednak na Costa Guano. Zamiast „odkupić winy” – Jim zaraża tubylców romantyczno-masochistyczną moralnością i przez kanały wiedzie dupowatych wyspiarzy do katastrofy. Podstawny opowiadał dziennikarzom, że punktem odniesienia był „Lord Jim” jako lektura przygotowująca pokolenie przedwojennej młodzieży na całopalną ofiarę w Powstaniu Warszawskim – powoływał się tu na wspomnienia Jana Józefa Szczepańskiego. Spektakl jest jasnym głosem przeciw represyjnemu i zorientowanemu na patriarchalno-rycerskie kategorie wychowaniu: chyba każda ze scenicznych figur nosi tu tatuaż, którym Majewski kazał ojcu-pastorowi naznaczyć młodego Jima z okazji konfirmacji: „Raz zgrzeszyłeś, jesteś grzesznikiem”.

Rubaszno-dosadny jest humor przeciwko „honorowi”. Końcową, tyleż komiczną, co boleśnie przegraną walkę wieńczy monolog tak ostentacyjnie dosłowny, że efekt „krowie na rowie” musiał być zamierzony. Podstawny z Majewskim robią więc faktycznie „ćwiczenia” ze szkolnej lektury. Z mocną puentą.

Na koniec warto dodać, że choć Rok Conrada właśnie się skończył, to spektakl jest na czasie. Obiekt dumnej polskiej dyplomacji kulturalnej i remedium na tzw. pedagogikę wstydu próbował zrobić z Conrada obóz „dobrej zmiany”; w „Do Rzeczy” ukazało się wiele tekstów Krzysztofa Masłonia o tym, jak to Józefa Korzeniowskiego można i trzeba odzyskać dla dobra ojczyzny. W kontrze Conradowskie wydanie przygotowała „Gazeta Wyborcza”, zamieszczając eseje o twórczości pisarza i inspirowanych nimi zjawiskach, a jednocześnie puentując codzienną antypisowską publicystykę cytatami z Conrada o rewolucji czy etyce. Luźno inspirowaną kolonialnymi wątkami Conrada ciekawą wystawę „Nowy region świata” można było obejrzeć w krakowskim Bunkrze Sztuki. Również w teatrze wałbrzysko-szczeciński spektakl to nie jedyna Conradowska koprodukcja tego sezonu. Już za chwilę swoją wariację na „Jądro ciemności” pokażą Strzępka i Demirski – najpierw w Teatrze Żeromskiego w Kielcach, później w warszawskiej IMCE Tomasza Karolaka.