Szkoła, jak wiadomo, ma wiele wspólnego z fabryką, szpitalem i więzieniem. Wszystkie te narzędzia władzy dyscyplinarnej, choć opresyjne i matrycujące, legły, zdaniem Foucaulta, u podstaw narodzin społeczeństwa nowoczesnego. O to, czy społeczeństwo ponowoczesne może się bez tej dyscyplinarnej maszyny szkolnej obyć, pyta w swym najnowszym spektaklu zrealizowanym w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu Paweł Świątek. Wespół ze scenografką Karoliną Mazur zabiera nas reżyser obsypanego nagrodami „Pawia Królowej” w przedziwną podróż do przyszłości. Do świata „wyzwolonego” z powszechnego obowiązku zinstytucjonalizowanego kształcenia.

Nad przywodzącą na myśl stację kosmiczną lub intergalaktyczne studio telewizyjne przestrzenią unosi się wielki okrągły satelita. Niczym srebrny glob, a może narzędzie panoptycznego nadzoru, oko wielkiego technologicznego brata, który niczym Hall 9000 z „Odysei kosmicznej” nadzoruje i karze. W tej chłodnej kosmicznej pustce umieszcza reżyser przyodziane w uniformy – futurystyczne wariacje na temat szkolnych mundurków – bohaterki. Spektakl ujarzmiania zatem trwa. Przyglądamy się czemuś na kształt szkolnej akademii, w której uczennice, nieśmiałe, niepewne siebie i swoich kwestii, walczą o uwagę niewidzialnego grona nauczycieli, i jeszcze bardziej niewidzia(l)nych rodziców. To widowisko – brutalne, fragmentaryczne, niespójne formalnie, przypomina odwołujące się do niskich, prymitywnych instynktów telewizyjne reality show, w którym uczestniczki walczą o przetrwanie. Instytucja szkoły zniknęła, jednak jej forma i struktura przetrwały i uległy wynaturzeniu.

Narratorką opowieści czyni reżyser Hermionę G., bohaterkę „Harry'ego Pottera”. I choć nie tylko ona pochodzi z bestsellera Rowling, to właśnie szkolna trauma odrzuconej, nieprzystającej do ciasnego paradygmatu „szkoły czarodziejstwa i magii” lesbijki i kujonki Hermiony (w tej roli świetna Angelika Cegielska) staje się najmocniejszym oskarżeniem szkolnej instytucji. Świątek nie tylko obnaża manipulację, czy wręcz tresurę, jakiej poddawany jest podmiot w procesie uczenia/socjalizacji. Trafnie pokazuje także, jak umowne są fundamenty naukowego dyskursu modernizacyjnego, na którym ufundowano nowoczesność. Odsłania jego powtarzane częstokroć jak mantra magiczne zaklęcia i formuły. Chemiczne reakcje w ustach odczłowieczonej, przypominającej cyborga belfrzycy (Mirosławy Żak) brzmią niczym magiczne zaklęcia, nauka szybko staje się nową – obok religii – wielką narracją porządkującą tajemniczy świat. 

W najnowszym spektaklu Świątek mierzy się z zachodnim porządkiem symbolicznym, w którym wciąż zdaje się pokutować tradycja dyskursu oświeceniowego. Czy dla tego coraz silniej kontestowanego porządku istnieje jakakolwiek sensowna alternatywa? A przede wszystkim, czy w istocie dyskurs ów zupełnie wyczerpał już swój emancypacyjny potencjał? Tym mocniej pytanie to wybrzmiewa w kraju, gdzie dyskurs ten, mimo że nie zdołał nigdy zapisać się trwale w przestrzeni symbolicznej, właśnie dzięki swemu podstawowemu narzędziu, mianowicie upowszechnieniu zinstytucjonalizowanej edukacji, umożliwił cywilizacyjny awans milionom obywateli. 

Nieustannie obrywa się w spektaklu sfrustrowanym belfrom, którzy zmęczeni koniecznością wdzięczenia się do zblazowanego, ograniczonego ucznia, wyłączyli intelekt i dawno już zdali się na mechaniczne powtarzanie bełkotliwych teorii, nieprzystających do rzeczywistości programów, w których porzuca się wrażliwość na rzecz technokratycznych formułek. Świątek, odrzucając wszelkie formy ograniczające ludzką podmiotowość, kontestuje anachroniczną formułę maszyny szkolnej. Jednak krytyka ta wydaje się zmierzać w stronę zreformowania, i to w duchu jeszcze bardziej oświeceniowym, nie zaś do całkowitego jej odrzucenia. Piętnując wszelki dogmatyzm, reżyser upomina się przede wszystkim o autonomiczny podmiot. A cóż ostatecznie jest bardziej oświeceniowego, niż obietnica powszechnego upodmiotowienia? 

Nieco przewrotnie można by przecież zapytać, czy home schooling w polskim wydaniu byłby dla lesbijki Hermiony mniej opresyjny? Lub czy bohaterka grana przez Cegielską mogłaby w ogóle formułować postulaty większej otwartości oraz tolerancji w szkole i poza nią, gdyby nie sformułował ich i nie upowszechnił właśnie ów oświeceniowy dyskurs, którego jednym z fundamentów jest maszyna szkolna? Czy bohaterki spektaklu Świątka, w epoce nie zarażonej ohydnym, zboczonym postoświeceniowym feminizmem i „genderyzmem”, w ogóle miałyby okazję doznać owej opresyjnie matrycującej podłości zinstytucjonalizowanego szkolnictwa? A jeśli właśnie wyłącznie z pomocą tej edukacji zinstytucjonalizowanej można polski zaścianek zmienić, zreformować… oświecić? 

Wałbrzyski spektakl nieustannie balansuje na granicy pomiędzy ostrą kabaretową satyrą oraz poważną refleksją. Skecze, songi i tańce mieszają się tu z osobistym dramatem Hermiony. Niestety chwilami zabawa przekracza granicę. Niektóre przemyślenia, wykrzykiwane raz po raz, trącą plakatowym efekciarstwem. Sensy zdają się rozmywać, gubić w ponowoczesnym, nowomedialnym chaosie, który wprawdzie nie pozwala się nudzić, jednak osłabia intelektualny ładunek spektaklu. Być może wynika to z przeładowania: zmierzyć się z dziedzictwem oświecenia w godzinę, to zadanie raczej zbyt ambitne.

Oświecić oświecenie
www.dwutygodnik.com
Michał Centkowski