Jak zrobić w Wałbrzychu spektakl o transformacji? Choć ze świeżo wyremontowanego dworca do odnowionego teatru można dojechać nowiutkim autobusem z bezprzewodowym internetem na pokładzie, to koszty przemian w tym regionie były ogromne

Wałbrzyski krajobraz oprócz biedaszybów znaczą specjalne strefy ekonomiczne, w których pracuje się za niewielkie pieniądze i często bez gwarancji socjalnych. Pensje można wydać w dyskoncie, pod którym od rana snują się amatorzy taniego wina. Od nowiutkich tynków Teatru Dramatycznego im. Szaniawskiego dyskont dzieli kilka odrapanych kamienic i ponurych podwórek. Trudno tu traktować poważnie hasła o sukcesie przemian entuzjastycznie wygłaszane co roku 4 czerwca.

Nic dziwnego, że najostrzejsze w polskim teatrze słowa pod adresem transformacji padają właśnie z wałbrzyskiej sceny. W spektaklu "Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej" Monika Strzępka i Paweł Demirski oskarżyli postsolidarnościowe elity o obojętność wobec ludzi, którzy zaufali im w czasach opozycyjnego karnawału. W tym spektaklu Wajda w piekle odpowiada za nienakręcenie kontynuacji "Człowieka z marmuru" – o ofiarach przemian gospodarczych.

Wojtek Ziemilski uprawia inny rodzaj teatru politycznego. Nie wygłasza manifestów, nie oskarża, nie stawia się w roli wyraziciela społecznego gniewu. Trudno też "W samo południe" nazwać typowym spektaklem dokumentalnym. Zamiast tego Ziemilski stara się stworzyć wspólną przestrzeń dzielenia myśli i doświadczeń. Bardziej niż reżyserem spektaklu jest animatorem teatralnego wydarzenia łączącego aktorów i widzów.

Wchodzący do foyer od razu są włączani w spektakl. Pada prośba, by w jednym sloganie opisać przemiany po 1989. Widzowie chętnie wchodzą w tę grę. Jest "Nareszcie wolność", ale pojawia się też sporo ironii: "Lepsze jutro było wczoraj", "Komuno, wróć", "Triumf Biedronki", "Sami tego chcieliśmy". Wałbrzyszanie usłyszą zaraz potem własne słowa ze sceny – jako tło pod nagranie "Dziennika telewizyjnego" z 4 czerwca 1989 r.

Gdy na ekranie pojawia się materiał z wałbrzyskiego okręgu wyborczego, przez widownię przebiega pomruk. "O, to ten złodziej…", "Pamiętam ich". Jakbyśmy oglądali zakurzony album ze zdjęciami nielubianej rodziny.

Ziemilski sięga do świeżej przeszłości nie po raz pierwszy. W autobiograficznej "Małej narracji" opowiedział o uwikłaniu swojego dziadka, hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego we współpracę z SB – i własnym uwikłaniu w tę historię. Artysta porusza się na pograniczu teatru, sztuk wizualnych i choreografii. W "Prologu" wyeliminował aktorów – grupa uczestników widzów wchodzi w interakcje ze swoją wyobraźnią kierowana tajemniczym głosem ze słuchawek.

W Wałbrzychu Ziemilski pierwszy raz pracuje w "normalnym" repertuarowym teatrze z zawodowymi aktorami. Od razu zmienia sposób ich pracy, z wykonawców czyni ich… no właśnie – dziennikarzami? dokumentalistami? Dał im zadanie: odnaleźć kandydatów biorących udział w wyborach '89. Zarówno ze strony solidarnościowej, jak i partyjnej. "Nie jesteśmy żadnymi badaczami, ale znajdujemy kandydatów z okręgu wałbrzyskiego i dowiadujemy się czegoś o nich. Ja znalazłam Bogumiła Zycha, który jest superosobą. Naprawdę. Ale nie wiem, jak z nim rozmawiać" – mówi ze sceny Małgorzata Łakomska.

Może dlatego więcej niż o dawnych politykach aktorzy mówią o sobie. Ryszard Węgrzyn opowiada historię ostatnich dekad przez kronikę zakupów – gdy inwestycja w porządne adidasy stanowiła ważny punkt. Piotr Tokarz mówi o pierwszych pracach filmowych na Zachodzie. Sara Celler-Jezierska – o rozwodzie rodziców. Mikrohistorie mają złożyć się na opowieść o przeszłości alternatywną wobec narracji gazet i podręczników.

Losy samych kandydatów potoczyły się różnie. Stanisław Tomkiewicz w 1989 r. dostał się do Sejmu kontraktowego z list "Solidarności", odnawiał "mikołajczykowski" PSL. Dziś prowadzi Klub Gazety Polskiej w Lądku-Zdroju. Ma własne ranczo, hoduje konie – rozmawiającej z nim aktorce podarował podkowę.

Ryszard Najsznerski z kolei był posłem ostatniego przed Okrągłym Stołem Sejmu PRL. W wyborach 4 czerwca kandydował do Senatu – bez sukcesu, jak zresztą wszyscy kandydaci PZPR do świeżo przywróconej izby wyższej. Ale w rzeczywistości III RP odnalazł się, można powiedzieć, całkiem dobrze – został syndykiem. Pod koniec spektaklu oglądamy długi pokaz slajdów. To zdjęcia dolnośląskich zakładów, które likwidował Najsznerski. Aktorzy odczytują ich nazwy. Litania kopalń, przetwórni, zakładów spożywczych ciągnie się bez końca – aż do dnia dzisiejszego. Powstaje wrażenie pejzażu pustynnego.

Ten moment spektaklu Ziemilskiego ma być może najbardziej oskarżycielski wydźwięk. Jednak podstawowe przesłanie brzmi inaczej. "Ktoś przychodzi i mówi ci, jak było. Ktoś opowiada ci historię – tak jak masz ją zapamiętać. I podać dalej tak, żeby krążyła – i ty się na to godzisz" – mówi ("w imieniu reżysera") Rozalia Mierzicka. Ziemilski stara się zrobić z widza obywatela. "W samo południe" to apel o wyjście z bezrefleksyjnie powielanych klisz o "złotych czasach Gierka" albo o "triumfie wolności". O bardziej świadome myślenie o polityce, historii i swoim własnym miejscu w nich. Tylko tyle – i aż tyle. Warto spróbować.

Przełom, Wałbrzych' 89
Witold Mrozek
Gazeta Wyborcza