Antek Kochanek to “komunista, bękart, dziwkarz, Żyd, cygan, pedał, alfons i pijak”, tak twierdzi wałbrzyszanka – Jadwiga Śląska – schowana w ciele Ewy Bobrowskiej, która wnosi o przemianowanie ulicy Antka Kochanka na jakąś odpowiedniejszą… Tym otwiera się przed naszymi oczami surrealistyczna opowieść o potomku jednego z patronów wałbrzyskich ulic, który walczył w wojnie domowej w Hiszpanii po tej samej stronie, co Ernest Hemingway. Zginął w 1937 roku, miał 31 lat.

Od razu się przyznam, że pierwszy raz od dłuższego czasu z przyjemnością oglądałem dyplom studentów wrocławskiej szkoły teatralnej o najdłuższym w historii dyplomów tytule: “Świadectwa wzlotu, upadku, wzlotu, wzlotu, wzlotu, upadku i tak dalej Antka Kochanka”, którym go obdarzyła spółka autorska Pilgrim-Majewski. Znana dobrze we Wrocławiu z czasów, gdy Sebastian Majewski kierował alternatywną Sceną Witkacego, a teraz jest szefem artystycznym sceny wałbrzyskiej. Nic dziwnego, że ten dyplom, powstały w koprodukcji z wałbrzyskim Teatrem im. Szaniawskiego, pojawi się na stałe w jego repertuarze. Świetnie sprawdziła się w całym przedstawieniu parodia konwencji modnego dziś teatru pa-radokumentalnego. To opowieść o czasach PRL-u pokazanych groteskowo, choć przywołuje czasem tragiczne losy ludzi żyjących w tamtych mrocznych dziesięcioleciach.

Oprócz wspomnianej wyżej Jadwigi Śląskiej, reszta postaci ojawiających się zza zastawek w Czarnej Sali staje po stronie Kochanka Antka – postaci fikcyjnej, która jest domniemanym synem kapitana z hiszpańskiej brygady Dąbrowszczaków.

Najjaśniejszą postacią jest Róża Luksemburg, grana brawurowo przez Sarę Celler-Jezierską, mającą nie tylko prawdziwą siłę vis comica, ale też umiejętności parodystyczne. Sugestywnymi gestami i intonacją głosu przywołała w naszej wyobraźni Krystynę Jandę. Naprawdę bardzo subtelnymi środkami i za tę subtelność właśnie dałbym jej najwyższe noty. Ciekawy jestem, co powie Agnieszka Kwietniewska, gdy obejrzy swoją młodszą koleżankę na wałbrzyskiej scenie, bo też świetnie parodiuje właścicielkę teatru Polonia.

Potrafił nas rozbawić, w groteskowo wymyślonej przez autorską spółkę postaci Nadieżdy Czarnej Pantery, Piotr Rodak. W tej postaci, podobnie jak w Przybranej Siostrze, widać zamysł autorów, by każdy z dyplomantów miał te swoje pięć minut, pozwalające docenić jego ewentualny talent. Kamila Pieńkos do tej żartobliwej konwencji całego przedsięwzięcia znalazła w Przybranej Siostrze parę lirycznych cieni. Uciekła tym samym od prostych schematów. Bardzo zgrabnie to wyszło.

Nie udało mi się rozszyfrować postaci Siostry Wioletty Orańkiej, granej trochę bez aktorskiego błysku, ale z wdziękiem przez Karolinę Krawiec. W tym regionie znana była Marianna Orańska, której film poświęcił wrocławski Ośrodek Kultury i Sztuki. Może miała siostrę Wiolettę?-licentia poetica…

Bez wątpienia nie tylko choreograficzny talent w autoironicznym monologu objawił Piotr Mokrzycki jako Pan Zdzisław, wydobywając homoseksualne akcenciki, bo też był racjonalnym, wyrokującym Bogiem. A propos, mocną stroną tego dyplomu są efektowne, parterowe układy choreograficzne wymyślone przez Piotra Sorokę.

Na koniec zostawiłem sobie tytułowego bohatera Antka Kochanka, granego przez dwóch aktorów. Student Adam Mortas w tej roli nie miał wiele do zrobienia, ale za to jako Daisy von Pless pokazał, że potrafi bawić się niuansami. Drugim Kochankiem był nestor wałbrzyskiej sceny, Adam Wolańczyk. Sympatyczny i zawsze skromny Pan Adam w maju skończy 76 lat. Zdrowia i wspaniałych ról, Panie Adamie. Wśród teatralnej młodzieży czuł się bardzo swobodnie i to on – niczym Mag – wyczarował teatralny entourage całej, bardzo zgrabnej, prostej, dowcipnej i jakże przewrotnej opowieści.

Rzecz o bękarcie i komuniście
Krzysztof Kucharski
Polska Gazeta Wrocławska nr 48
27-02-2012