W "Świadectwach wzlotu i upadku wzlotu wzlotu wzlotu upadku i tak dalej Antka Kochanka" Sebastian Majewski dokonał cudu – spektakl dyplomowy studentów wrocławskiej PWST to najlepsze przedstawienie, jakie można było ostatnio obejrzeć we Wrocławiu.

Zaskoczenie jest tym większe, że część młodych aktorów, których oglądamy na scenie, kilka miesięcy wcześniej wystąpiła w "Testamencie psa, czyli historii o miłosiernej" w reżyserii Remigiusza Brzyka. Przedstawienie zagrali przyzwoicie, ale zachwytów nie było. A tutaj każda rola to perełka – z wałbrzyskim aktorem Adamem Wolańczykiem, który gra Antka Kochanka, na czele. Nie ma tu słabych punktów – od pojawiającej się w prologu przemawiającej śląską gwarą Jadwigi Śląskiej (Ewa Bobrowska), przez przybraną siostrę (Kamila Pieńkoś), Daisy von Pless (Adam Mortas), górniczkę Annę Krajowy (Ewelina Ruckgaber), Panterę (Piotr Rodak), po siostrę Wiolettę Orańską (Karolina Krawiec). Prawdziwą rewelacją spektaklu jest Sara Celler-Jezierska jako Róża Luksemburg, przeżywająca swoje wzloty w strońskim psychiatryku i pan Zdzisława (Piotr Mokrzycki), który po spotkaniu z Antkiem zaczyna żyć w zgodzie z sobą.

Wymieniam te wszystkie nazwiska celowo – warto je zapamiętać. Obsadzając "Świadectwa…" studentami, Majewski postawił przed nimi prawdziwe wyzwanie. Spektakl to ciąg długich monologów kolejnych postaci, które niemal nie istnieją w relacjach ze sobą nawzajem, a jedynie w bliskim spotkaniu z widownią. To jak kazać im pokonywać dwumetrowy parkan zamiast przepisowych płotków. A oni nie dość, że wychodzą z tego bez obrażeń, to jeszcze skaczą z prawdziwym wdziękiem. I wprawą, dającą złudzenie, że mają za sobą tysiące podobnych popisów.

Takim kaskaderem jest tu także Majewski – nie tylko reżyser, ale i autor tekstu "Świadectw…", który powstał cztery lata temu. Dla tych, którzy przed wyprawą do teatru sięgnęli do źródeł, będą one marną podporą, bo choć prawdziwy patron wałbrzyskiej ulicy i jego historia są wspominane w spektaklu, to tak naprawdę o innego Antka Kochanka tu chodzi. Majewski kieruje reflektor w stronę zapomnianego syna słynnego rewolucjonisty, który po powojennym Wałbrzychu spacerował w ekstrawaganckich skarpektach w kolorowe esy-floresy, śpiewając "Avanti, poppolo". Posługując się fikcyjną postacią bierze na warsztat prawdziwe mechanizmy historii.

Antek w wersji Majewskiego przekazuje rewolucyjny i prawomyślny materiał genetyczny politycznie podejrzanym górniczkom w kopalni. Jest zamieszany w zabójstwo prostytutki albo żony partyjnego ważniaka. Jako homoseksualista zostaje poddany eksperymentalnej kuracji elektrowstrząsami w szpitalu psychiatrycznym w Stroniu Śląskim. Występuje w Circus Polonia sławiącym polską kulturę za granicami albo w kółku artystycznym w ramach terapii w psychiatryku. Ucieka do Berlina, a potem na Ibizę, gdzie umiera opromieniony sławą prekursora clubbingu i skreczowania.

Majewski też skreczuje – i historię, i mity, które układają się w opowieść o ludzkiej pamięci, w której znajdziemy wymieszane jedno z drugim. Podobnie jak wcześniej w "Peregrynacjach Czarnej Izy Wałbrzyskiej", lokalną legendę traktuje z taką samą powagą jak fakty i daty znane z podręczników historii. Przeszłość istnieje tutaj równolegle do współczesności, tworząc tak mocny splot, że nie da się go rozdzielić – sądowi nad samym sobą przyglądają się młody i stary Antek, Daisy von Pless z odrazą spogląda na brzydkie osiedle, które wyrosło na jej szczątkach, a Róża Luksemburg żyje i ma się dobrze. Posługując się groteską, przerysowaniem, piętrząc absurdy i używając kabaretowej stylistyki, Majewski prowadzi jednocześnie poważną dyskusję na temat przeszłości. I choć impuls do niej podsunął patron wałbrzyskiej ulicy, o którym niewiele wiedzą mieszkańcy, to przecież ten temat ma daleko bardziej uniwersalny wymiar.

Tekst napisany w formie nawiązującej do prasowego reportażu zaczyna się od wystąpienia Jadwigi Śląskiej, której list uruchamia lawinę. Domaga się ona do władz miasta zmiany nazwy ulicy Antka Kochanka, ponieważ "istnieją przesłanki, znane powszechnie, według których dotychczasowy patron ulicy był komunistą, bękartem, dziwkarzem, żydem, cyganem, pedałem, alfonsem, pijakiem, masonem, a nawet kosmitą". Każda z tych stereotypowych szufladek, w które próbuje się wepchnąć Antka pokazuje swoje drugie dno, a cały spektakl obnaża absurd sprowadzania historii do jednego, poprawnego politycznie wymiaru. Bo w zderzeniu ze zbiorową pamięcią to się nie może udać .

Zaletą przedstawienia jest jego kształt plastyczny. Joanna Howańska zaprojektowała prostą, trafną i czytelną scenografię (jednym z jej elementów jest olbrzymia plansza, na której wałbrzyska ulica Kochanka została ze szczegółami odtworzona z klocków lego – genialny, choć niewykorzystany pomysł na plakat do spektaklu, mam nadzieję, że realizatorzy sięgną po niego przy okazji wałbrzyskiej premiery), a aktorów ubrała w czarne, przełamane kolorem stroje. Kojarzą się one z plemiennymi kostiumami do spektaklu Jana Klaty "Utwór o Matce i Ojczyźnie", tyle że to wałbrzyskie plemię zamiast konwencji serio zderza żałobną czerń z odrobiną drobnomieszczańskiej mody i groteskowym przerysowaniem. Piotr Soroka przygotował efektowny ruch sceniczny, dzięki któremu kreacje młodych aktorów zyskały kolejny wymiar. To wszystko sprawia, że "Świadectwa…" swoją energią i jakością rozsadzają ramy pracy dyplomowej, która ma zapewnić ocenę w indeksie – to znakomity spektakl, który można pokazać na każdej teatralnej scenie. I dobrze się stało, że po wrocławskiej premierze trafi do Wałbrzycha. Byłoby bardzo źle, gdyby jego żywot zakończył się na kilkunastu szkolnych pokazach.

Magda Piekarska

Gazeta Wyborcza Wrocław

26 lutego 2012