Syndrom zmęczonego bohatera przeważnie kończy się marzeniem tegoż o posiadaniu własnego ogródka i pieleniu w nim grządek. Tak kończą, w najlepszym wypadku, wielcy rewolucjoniści. W sztuce „Obywatel K.” wypalonym kontestatorem jest Kajetan ( w tej roli asteniczny Ryszard Węgrzyn), eksdziałacz „Solidarności”, który ostatnim porywem buntuje się przeciwko budowie autostrady, mającej przebiegać przez teren jego działki. Jego protest jest niemy i przez to zyskuje na sile wyrazu. Znajduje się przez cały spektakl w swoim ogródku, usypanym na środku sceny. Z minimalną ekspresją gestów, zmienia tylko pozycje ciała, leży, siedzi z leniwie założonymi rękami pod głową. Kontempluje ze swojego bezpiecznego terytorium resztę sceny, na której dzieją się „prawdziwe”, mocne wydarzenia, upodobniając je do newsów dziennika, które niby konstruują historię współczesnej Polski.

Na jego twarzy nie ma ani jednego zbędnego grymasu, śladu emocji, ironii, choć to, na co patrzy, z pewnością na nią zasługuje. A oto co dzieje się na „scenie dziejów”:
Młoda, ambitna dziennikarka o imieniu Agnieszka (Aleksandra Przybył) opętana jest ideą nakręcenia dokumentu o życiu Kajetana, dotarciu do prawdy o jego biografii. Zaczyna docierać do jego kolegów z czasów opozycji. Okazuje się, że się świetnie poustawiali, stali się postaciami z pierwszych stron gazet i establishmentu . Ich błyskotliwe kariery w polityce, kościele nie przystają zupełnie do żyjącego w zapomnieniu Kajetana. Dziennikarka, na początku naiwna i pełna wiary w ludzi, zaczyna skażać się brudnym światem rządzących tym krajem. I tu szwankuje trochę zarysowanie postaci, są jakby odgapione od szablonu, zarówno lider partii, rektor uczelni, jak i biskup. Są tak jednowymiarowi, że nie wierzy się bełkotowi ich słów. Projekcje video mają dopełnić obraz zuniformizowanego społeczeństwa, niczym z Orwellowskiej wizji. Jest to obraz trochę naiwny i wielokrotnie już pokazywany na wiele możliwych sposobów, np. mięsna papka ludzka z „The Wall” Pink Floydów.

Może najbardziej autentyczni są asystenci reporterki ( zadziorna i charyzmatyczna Anna Konieczna tworzy duet z pozornie wyluzowanym i bystrym w tej roli Piotrem Mokrzyckim). Jako młode pokolenie wyczuwają już zęby szczurów wgryzających się im w tętnice, już wiedzą, że na drabinę kariery wchodzi się po trupach, nie potrafiących iść na kompromis frajerów. Upozowani na anarchistów z ACTA, z charakterystycznymi barwami wojennymi na twarzach, deklamują wiersz Czesława Miłosza „ Który skrzywdziłeś”. Brzmi on groteskowo, niczym na jarmarcznym odpuście.

Na uwagę zasługuje też kreacja żony Kajetana ( ponownie Anna Konieczna), cynicznej, pozbawionej złudzeń, potrafiącej postawić diagnozę eksmęża jako nieudacznika, umniejszając całkiem jego buntownicze zasługi.

Czy nie wydaje nam się to wszystko skądś znane? W spektaklu jest wiele odniesień do kultowego dla pokolenia „Solidarności” filmu „Człowiek z marmuru”. Z tym że w postaciach Wajdy wyczuwało się szczerość, determinację, kamienną pewność własnych czynów.
W „ Obywatelu K.” wszyscy, oprócz Kajetana, zachowują się histerycznie, ich przerysowane emocje drażnią jak u aktorów niemego kina. Ich bunt wydaje się nieautentyczny, gniew wychodzi im z gardeł jak odgłosy chińskim zabawkom na baterie.

Najpiękniejszą, poetycką sceną, na którą warto czekać, jest spotkanie Agnieszki z Kajetanem. Przybywa w końcu do jego azylu, przydomowego ogródka. Zamieniają się symbolicznie miejscami, ona wchodzi w jego przestrzeń, on wychodzi ze swojego bezpiecznego świata. Jednak reporterka nie zaspokoi swojej ciekawości, Kajetan może jej tylko przekazać wiedzę o pielęgnacji roślin działkowych.

Mechanizm obronny pamięci wymazał całą jego legendarną przeszłość i zafiksował się na potrzebach paproci ogrodowej . Rośliny są jednocześnie kruche, wrażliwe i wytrzymałe, odporne na trudne warunki. Podobnie jak bohater, który usunął się w cień, ale czekał w letargu na „come back” swojego buntu, pięć minut rewolty.

Twardy świat potrafił się jednak do tego czasu przygotować na starcie z takimi ostatnimi Mohikaninami. Owszem prawie wszyscy ciepło go wspominają, ale wolą nie mieć w razie czego z kimś takim do czynienia, jeszcze mogą zarazić się przegraną…

Po spektaklu od razu nasuwa się pytanie, czy oddaje on rzeczywistą diagnozę Polski. Czy w pulsujących, głośnych dialogach, w których nie brakuje cytatów z życia politycznego, nie zabrakło czasem dystansu i miejsca na drugie dno. Czy ambicją reżysera ( Piotr Ratajczak) nie było czasem coś więcej niż dobrze wyreżyserowany kabaret. Chyba, że te czasy rzeczywiście nie zasługują na nic więcej niż taki remake „Człowieka z marmuru”.

Piotr Ratajczak przyzwyczaił nas już do dobrego teatru społeczno – obyczajowego, do sentymentu za czasami, serialami, filmami naszego dzieciństwa i młodości, stało się to jego znakiem rozpoznawczym. I w tym wypadku nas nie zawodzi. W przedstawieniu muzyka transowa przeplata się w oldschoolową muzyką lat 80 – tych. I tak w tle Tiny Turner czy Jean’a Michela Jarre’a niedawni bojownicy o naszą Wolność i Solidarność kompromitują się, zostają karykaturalnie spłaszczeni. Rozczarowuje trochę tekst Artura Pałygi, zostawia niedosyt swoją prostą, jednoznaczną formułą.

Niewątpliwie genialną kreację stworzył jednak Ryszard Węgrzyn i to jego postać zostaje w nas na dłużej. Stworzył wręcz ikonę człowieka tych czasów, rozczarowanego ideologiami, opuszczonego, postrzeganego przez resztę za frajera. Drzemie w nim jednak siła, niezależność i to on wystawi rachunek pozbawionym sumienia cwaniakom i manipulantom.

Zamiast „Człowieka z marmuru” doczekaliśmy się „Człowieka z polichlorku winylu”, toksycznego, ale odpornego na wszelkie zniszczenia.

Justyna Nawrocka
dziennikteatralny.pl