Szereg gorzkich refleksji o polskich emigrantach serwują nam twórcy „…nie czekajcie”, październikowej premiery Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. To nie jest opowieść o Polakach, robiących karierę za granicą i podbijających świat swoją energią, pasją i pracowitością, ale bolesny i groteskowy spektakl o utracie marzeń.

Żadnych sentymentów w stosunku do Polski nie mają bohaterowie przedstawienia w reżyserii Roberta Zawadzkiego. Bo, co może zaoferować ludziom państwo, gdzie z dwoma dyplomami w kieszeni można być jedynie wiecznym stażystą? To nie jest kraj dla młodych ludzi. Co innego Irlandia. Taki kierunek wybrały osoby dramatu Gianiny Cărbunariu, współczesnej rumuńskiej dramatopisarki. Jej tekst na polskie realia zaadaptował Szymon Bogacz. Podążają na Zieloną Wyspę jak do mitycznego Eldorado, pełni marzeń, nadziei, oczekiwań. Cezary (Piotr Mokrzycki), pasjonat sztuk audiowizualnych chce nakręcić film. Magdalena (Kornelia Angowska) marzy o karierze tancerki. Jedzie do swojego chłopaka prostaka (Michał Kosela), już zakotwiczonego w Irlandii. Obserwatorem i jakby wszechwiedzącym narratorem jest Celt (Włodzimierz Dyła). Na miejscu mit ziemi obiecanej rozbija się o twardy dubliński bruk. Chęć szybkiego zarobku sprawia, że w ich zachowanie wkrada się przemoc, zdrada i nielojalność. Wychodzi z nich niedojrzałość. Próbują usprawiedliwiać swoją porażkę okolicznościami. W Ameryce to dopiero można by zrobić karierę! W Irlandii natomiast ciągle pada, jest beznadziejne jedzenie i trudno założyć rodzinę. Opowieść o losach trojga młodych Polaków żyjących w Dublinie przypomina komiks lub kreskówkę. Ascetyczna scenografia Katarzyny Szukszty podkreśla nieprzyjazną przestrzeń obczyzny. Postaci poruszają się wyznaczonymi korytarzami, trochę jak ludziki z gry komputerowej (choreografia Katarzyny Kostrzewy). Są narysowane grubą kreską i charakteryzują je gesty. Głupi śmiech, nerwowe drapanie się, specyficzny chód. To bardziej typy ludzkie niż jednostki. Na początku trudno się z nimi identyfikować. Dopiero z czasem zyskują więcej naszego współczucia i zrozumienia. Przejmujący finał zmienia perspektywę postrzegania czwórki bohaterów. Zatem nie czekajcie, tylko ruszajcie do Szaniawskiego, żeby skonfrontować własne przemyślenia na temat emigracji. Każdy przecież zna kogoś, kto skazał się na „długotrwałą tymczasowość”.

Alicja Śliwa
walbrzyski.pl
7.10.2014