Klasyka polskiego teatru wielką jest, ponieważ wielkim teatrem jest – tak mniej więcej można byłoby sparafrazować żartobliwe powiedzenie o Mickiewiczu, objaśniając ironiczne przesłanie niezwykle udanych #dziadów Michała Kmiecika. Przedstawienie było intrygującym punktem dobiegającego właśnie końca Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi.

Reżyser i autor tekstu dramatu w jednej osobie, Michał Kmiecik, to przedstawiciel dosłownie najmłodszego pokolenia polskich twórców teatralnych, który w błyskawicznym tempie zdołał zbudować pokaźny dorobek artystyczny. Jego przedstawienia rzucają wyzwanie tradycyjnej konwencji dramatu, i stwarzają wrażenie pozbawionych twardego kośćca, czy wręcz wprost przepełnionych pozornym chaosem. Z tego ostatniego wyłaniają się jednak ściśle kontrolowane przez reżysera głosy, przeciwieństwa tradycyjnych ról, tak przecież ukochanych przez rodzimych twórców i całą ich tradycję „wielkich” kreacji. Kmiecik nie odcinał się jednak przy tym zupełnie od tego dziedzictwa, mało tego, chętnie sięgał przecież do klasycznych tekstów, ale tylko jako inspiracji, traktując je bardzo luźno. Nie wszyscy tę konwencję uznawali, ale młody twórca nic sobie z tego nie robił. W swojej kolejnej sztuce zdecydował się zresztą na ambitną próbę skonfrontowania się z całą XX-wieczną tradycją polskiego teatru, w dodatku próbę mocno krytyczną. Swobodnym pretekstem dla tego działania stały się … Dziady, bodaj najsłynniejszy polski utwór dramatyczny.

Tak jak i w swoich poprzednich realizacjach, jego wałbrzyskie przedstawienie również czerpie z klasyki w swobodny, niemalże nonszalancki sposób. W #dziadach jak i w klasycznym tekście Mickiewicza spotykamy duchy, tym razem duchy polskiego teatru. Na scenie pojawiają się wybitni, zmarli niedawno reżyserzy: Jarocki, Axer i Hanuszkiewicz, gdzieś w tle przewijają się jeszcze Dejmek i Łomnicki. Przyzwyczailiśmy się do składania hołdów ich dokonaniom, ale czy aby na pewno byli tak kryształowi?

Kmiecik nie zrealizował sztuki obrazoburczej, dlatego nie próbuje przekreślić wielkości sławnych twórców. Do ich dorobku podchodzi jednak krytycznie, wskazując także na wstydliwe braki w dorobku mistrzów i inne mniejsze, czy większe spośród ich przywar. Duchy, ustawione w groteskowej scenografii Karoliny Sulich, trochę przypominającej studio telewizyjne, przerzucają się coraz głośniejszymi lamentami i oskarżeniami. Bezlitośnie drwią ze swoich przywar, a czasem same się z nich odzierają, obalając mity na własny temat. Wypominają słynnym aktorom nie tylko wielkie, nadęte kreacje, ale i znęcanie się nad młodszymi kolegami w szkole aktorskiej. Bezlitośnie kpią z tradycji gloryfikującej spektakle wystawiane w czasie stanu wojennego, przedstawienia o których krążą dzisiaj legendy, chociaż w rzeczywistości, podobnie jak poezja powstańcza, były niejednokrotnie zupełnie niedopracowane, a całą ich wielkość oparto jedynie na sile towarzyszących im emocji.

Kmiecik burzy mity i bezlitośnie zderza ze sobą nowoczesną formę z obrośniętymi niemalże sacrum momentami w historii rodzimego teatru, takimi jak słynna inscenizacja Dziadów Dejmka. Miesza i mąci, brutalnie łącząc sztucznie podzielone elementy tradycji kultury wysokiej i niskiej, wpychając niezliczone popkulturowe nawiązania, zdejmując warstwami patos z Holoubka i innych mu podobnych. „Młodzież w 68’ też protestowała przeciw ograniczeniom wolności w internecie” – słyszymy wręcz w pewnym momencie. A w innym wspomnienie patosu „wielkiego teatru” burzą żarty z Karola Strasburgera, wówczas grającego u „wielkich”, dzisiaj prowadzącego podrzędny program rozrywkowy, znany przede wszystkim z zawstydzająco drętwego poczucia humoru ujawnianego na telewizyjnej antenie.

Konstrukcja #dziadów jest luźna, pozornie chaotyczna, w rzeczywistości jednak Kmiecik znakomicie panuje nad przedstawieniem, bardzo zmyślnie łącząc jego wątki, niczym za pomocą tytułowych hashtagów spinając ów rozgardiasz. Wrażenie chaosu odczuwamy już od początku, wprowadzani kolejno na widownię przez postać szalonego aktora, który wyławia następnie spośród publiczności uśpione i nieporadne duchy rodzimego, „wielkiego” teatru. Wydobywa z nas zatem umiłowanie romantycznej tradycji, wyciąga na wierzch „wielkie” postacie, bezlitośnie je analizując i odzierając ze wszystkiego, co tylko mogłyby chcieć ukryć. Wszystkiemu towarzyszy nachalnie uwspółcześniony, a przy tym pozbawiony jakiegokolwiek prawa głosu kobiecy performance Sary Celler-Jezierskiej, skazany na pozostawanie w cieniu męskich mistrzów, jako zaborczych bohaterów #dziadów. Strategia Kmiecika jest niezwykle trudna, w przedstawieniu upycha przecież dziesiątki skomplikowanych, nawarstwiających się wątków. Całość ta jednak broni się doskonale, a reżyser z godną podziwu sprawnością żongluje stylami i konwencjami, przydługie z pozoru sceny spajając zadziwiająco wprawnymi klamrami i puentami. To nie formalny bałagan młodego twórcy, lecz misternie utkana, precyzyjna konstrukcja.

#dziady mimo tych wszystkich zawiłości nie są spektaklem męczącym, wymagają co prawda pewnego skupienia, ale oglądamy je bez poczucia udręki, jakie mogłoby towarzyszyć tak skomplikowanemu przedstawieniu. Kmiecik oprócz swojej bezkompromisowości ujmuje również ciekawymi pomysłami realizacyjnymi, godna podziwu jest np. absurdalna scena tanga. Zresztą właśnie żonglerka stylów i konwencji, która decyduje w istotnym stopniu o obliczu tego przedstawienia, jest wyrazem wprawności tego teatru. Zadanie ułatwiają dodatkowo doskonali aktorzy, a zwłaszcza genialni Rafał Kosowski i Jerzy Gronowski, rewelacyjnie interpretujący tak sam tekst, jak i towarzyszącą mu choreografię.

Świetny spektakl Kmiecika to opowieść nie tylko o tradycji, ale i jasno pokazująca, że chcąc mierzyć się ze współczesnością nie da się uciec również od przeszłości. I o ironio, właśnie temu twórca #dziadów zawdzięcza swoją oryginalność i podmiotowość, której nikt nie powinien już od tej pory kwestionować. Ze starcia z tymi upiorami wrocławski reżyser wychodzi zdecydowanie zwycięsko.

Łukasz Drozda
Lewica.pl
23.03.2013