Tylko nie ściemniajcie, że są to wasze codzienne lektury:

"Ćwiczenia pamięci" Erwina Axera, monografia Elżbiety Baniewicz "Erwin Axer: teatr myśli i słowa", "Estetyka performatywności" Eriki Fischer-Lichte, trzy części wspomnień Adama Hanuszkiewicza "Psy, hondy i drabina", "Kobieto! Boski diable" i "Zbyt duża różnica płci", "Rekolekcje teatralne" Jerzego Koeniga, "Komedianci. Rzecz o bojkocie", "Mikołajska. Teatr i PRL" Joanny Krakowskiej, "Teatr postdramatyczny" Hansa-Thiesa Lehmanna, "Spotkania teatralne" Tadeusza Łomnickiego. I jeszcze monografia Christopha Schlingensiefa, zmarłego w 2010 r. niemieckiego reżysera. Ja sam kilka lat temu oddałem do Instytutu Teatralnego większość moich książek teatralnych, więc nie wierzę, że akurat wśród czytelników "Przekroju" znajdują się maniacy tego typu lektur. Zresztą nawet przed egzaminem z historii teatru nikomu nie chciałoby się tego czytać. A tymczasem jest jeden 20-letni reżyserek, który wszystko to skwapliwie przerobił, poddał analizie, a następnie skonstruował spektakl, którego premiera odbyła się w ubiegły weekend w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Spektakl fascynujący.

Zaraz, zaraz, w tej opowieści za dużo danych abstrakcyjnych dla odbiorców naszego eleganckiego organu prasowego. Najpierw wyjaśnienie, co to jest Wałbrzych. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że na południowo-zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej istnieje miasto, w którym nie ma ani jednego starbunia, sushibaru, nie mówiąc już o klubie dla waginosceptyków. Po prostu wyjące Podsudecie. I w takim właśnie miejscu od wielu sezonów działa jeden z najciekawszych polskich teatrów, prowadzony przez Sebastiana Majewskiego. Od początku przyszłego roku zostanie on zastępcą dyrektora ds. artystycznych Starego Teatru, czyli takiego jednego, działającego w sąsiedztwie krakowskiej filii Charlotte, więc, jak rozumiecie, musi to być teatrunio nie w kij dmuchał.

Wałbrzyska scena otacza szczególną troską młodych artystów, nie dziw zatem, że Michał Kmiecik, wielbiciel nudnych książek teatralnych, premierę przygotował właśnie tutaj. Pierwsze zbliżenie do historii teatru miał mocno traumatyczne. Jego nonszalancki i gówniarski felieton po śmierci Jerzego Jarockiego wyzwolił hejterskie tsunami. A ludzie teatru, co jak co, ale na morał panic się znają, szczególnie gdy pod obcas wejdzie im ktoś, kto w wieku 20 lat śmie mianować się reżyserem. Ale co robić? On rzeczywiście ma już za sobą realizacje w Teatrze Dramatycznym w Warszawie oraz Polskim we Wrocławiu.

Po takim glanowaniu i pałowaniu, jakie wyzwolił krótki tekścik, inny pewnie by się załamał. Tymczasem Kmiecik jedzie do Wałka, jak czule zwie się Wałbrzych, i proponuje spektakl, który jest przepracowaniem felietonu. Na teatralne dziady przywołuje Adama Hanuszkiewicza, Erwina Axera i Jerzego Jarockiego, trzech wielkich twórców polskiej sceny, którzy odeszli w ciągu ostatniego roku, rolę Guślarza powierza Christophowi Schlingensiefowi. I próbuje zrozumieć epokę, w której nie uczestniczył, a która określa teatr, w którym działa. Penetruje mechanizmy teatralnej pamięci. Pokazuje wielkość, ale też dziwi się nieskrywanej mizoginii czy rubaszności. Pomogli mu w tym wałbrzyscy artyści, którzy z całą mocą aktorskiej intuicji stworzyli portrety świetne. Hanuszkiewicz Włodzimierza Dyły budowany sobiepańskim gestem. Jarocki Jerzego Rogowskiego, zgięty w paragraf, mroczny intelektualista i analityk. Axer Rafała Koseckiego, powściągliwie elegancki, nieustająco niedopasowany do czasu, w którym funkcjonuje. I w końcu ekscentryczny Schlingensief Czesława Skwarka, dusza czyśćcowa. Cała czwórka buduje swoje opowieści w kontrapunkcie do siedzącej przy stole milczącej Sary Celler-Jezierskiej, która za pomocą trzymanej w dłoni kamery tworzy projekcje własnego ciała. Ten spokój, to skupienie pochodzą z twórczości Mariny Abramovic. I to ono ostatecznie puentuje dziady Kmiecika. Teatr naszych mistrzów znalazł ukojenie.

"A kysz, a kysz, a kysz!"
Maciej Nowak
Przekrój nr 53
31-12-2012