Oto parę obrazów z „Betlejem polskiego”. Specjalistka od geomancji wskazuje punkty energetyczne na mapie świata, w których możliwe jest odczucie duchowych wibracji. Telewizyjny wróżbita z pomocą apatycznej inkantacji zdejmuje klątwę ciążącą od pokoleń na pewnej rodzinie. Postacie snują się po zasypanej płatkami kwiatów świetlicy, wyglądającej jak po przejściu procesji. Głód metafizyczny jest doznaniem uniwersalnym, choć jak widać, znajduje rozmaite ujścia. Impuls prowokuje konkretne działania, a te ulegają rytualizacji. Tak rodzą się religie, tworzą systemy, gruntują tradycje. Na pewnym etapie trzeba obrać indywidualną ścieżkę wiary. Niech to będzie naszym punktem wyjścia.

Faruga nie bawi się w religioznawcze wykopaliska. Sonduje wyłącznie polskie „tu i teraz”, nie odnosząc się do historycznych pierwocin obecnego życia duchowego rodaków. I dochodzi do alarmujących wniosków. Żyjemy w imperium obrazów, w którym realne jest tylko to, co unaocznione. Nie bez kozery badaczka megalitów rozwiesza na ścianie zdjęcia skupisk energetycznych. Rozbierająca się na wizycie ginekologicznej Maria  musi zasłaniać się przed aparatem fotograficznym. Ustawione na scenie telewizory nie są efekciarskim elementem mającym podkręcić zmediatyzowanie spektaklu, lecz delikatnie sygnalizują pewien problem. I wreszcie mamy najbardziej jaskrawą kpinę z dyktatu kultury wizualnej – konspekt lekcji katechezy, w której Adama i Ewę miałyby odgrywać gumowe lalki, Eden – zdjęcie plaży przeklejone z folderu turystycznego, a napełnianie Duchem Świętym – dmuchanie balonika. Słowem, ilustrację biblijnych zawiłości z finezją panzerfausta, skrojoną pod spłyconą percepcję młodego człowieka.

Tylko to, co podlega ikonizacji, zachowało dziś jakąkolwiek siłę oddziaływania.  Trudno przykuć uwagę pisemnymi świadectwami obcowania z Bogiem. Zainteresowanie budzi rzekome fotograficzne odbicie wiernych w źrenicy Matki Boskiej z Guadalupe czy zarys ciała na Całunie Turyńskim. Media składają codzienną daninę z obrazów, co wzmaga i tak przyrodzoną ludzką właściwość – potrzebę naoczności. Skądinąd, czy „pragnienie cudów” nie jest tożsame z ową potrzebą namacalności i weryfikowalności; a sam cud z przyrzeczeniem, że wiara, w którą inwestujemy czas i energię, ma jakiś głębszy sens?

Oczywistym nawiązaniem do Biblii jest historia stanowiąca oś spektaklu. Perypetie „nowej Matki Boskiej” przedstawione są w wybitnie ilustracyjny sposób. Rozalia Mierzicka jako Maria spluwa wypijanym płynem (co ma symbolizować poranne mdłości), lekarzowi wyznaje, że nigdy nie współżyła, a najbardziej martwi ją zatrzymanie okresu. Wyraźniejszych sygnałów nie trzeba – doszło do „niepokalanego poczęcia”. Stał się cud, Maryjna paruzja, choć bez huku anielskich trąb, ognia krzepnięcia i blasku ciemnienia.  Tu wszystko odbywa się normalnie, lecz nikt tak naprawdę nie zastanawia się nad tym, czy faktycznie światu objawiła się inkarnacja Maryi, czy raczej zamanifestowała się ludzka „żądza cudów” jako demonstracji tego, co wymyka się poznaniu rozumowemu.

W zachowaniach postaci widać i głód duchowy, i chwile zwątpienia. Opowieści o objawieniach Maryi z towarzyszącym im opisem wyglądu jej sukien jest niczym innym, jak próbą personalizacji, a tym samym uczynienia bliskim tego, co niedostępne zmysłom. Tak samo działa układanie rankingów w rodzaju: „10 najpopularniejszych sanktuariów”, „10 najczęstszych intencji” itp. –  to nic innego, jak próby kategoryzacji świata, zmierzenia go za pomocą naprędce wyrysowanej podziałki. Tu warto zastanowić się nad tym, jak dzisiaj rozumie się pojęcie „cudu” i czemu wierni tak chętnie odnoszą się do empirii, zupełnie ignorując ratio. Tylko to, co mierzalne i weryfikowalne, ma szansę zostać uznane za istniejące (koronny argument ateistów przemawiający za nieistnieniem Boga); metafizyka zbliża się tym samym do nauk przyrodniczych. Poznanie nie odbywa się na drodze rozumowej, poprzez zgłębianie prawd wiary, lecz na podstawie obserwacji czytelnych sygnałów. Liczy się tylko ten pomiar, który może dać jednoznaczny wynik. Taka postawa uwidacznia się już na samym początku spektaklu, kiedy badaczka omawia wykorzystanie skali Bovisa do badania energii Ziemi. Ale czy potrzeba objawień, nagrywanie na kasetę orędzia Matki Boskiej nie wyrasta z tej samej potrzeby – utrwalania pewnego zjawiska, a więc poświadczania jego realności? Czy zatem wiara może być perpetuum mobile, samonapędzającym się mechanizmem, czy też zawsze będzie potrzebować jakiegoś zasilania z zewnątrz, energii, która mogłaby ciągle popychać ją do przodu? Potrzeba obcowania z cudami jest paliwem dla owego wehikułu – trudno temu zaprzeczyć. Odpowiedź na pytanie, czy należy tępić taki stan rzeczy zostawiam bardziej kompetentnym.

W „Betlejem polskim” uderza również trafne ukazanie tendencji do mylenia religii z terapią. Na początku widzimy sceny z sesji terapeutycznej, w trakcie której uczestnicy opisują wybrane przez siebie zdjęcia (czyt. „sięgają w głąb siebie”), później telewizyjny wróżbita „uzdrawia” rodzinę zdesperowanej kobiety. Ekstaza z powodu objawienia „nowej Maryi” również może być potraktowana jako próba stłumienia osobistych lęków. Jak się okazuje, gabinet terapeuty i nawy kościoła dzieli tylko jeden sus. Tu pojawia się sporna kwestia dotycząca współczesnego podejścia do religii – bo nierzadko pełni ona funkcję konsolacyjną, będąc lekiem na traumy, wyciszaczem obaw, pocieszeniem po życiowym niepowodzeniu. Czy jest to jednak niepożądane zjawisko? Religia zawsze dawała rodzaj otuchy. Gorzej (z punktu widzenia Kościoła katolickiego), jeśli ignoruje się przy tym kanoniczne prawdy wiary czy wykazuje postawę roszczeniową. Ale lepiej nie robić podkopów pod cudze życia…

Dobrze że Faruga nie upolitycznia tematu religijności krajanów, nie tworzy kolejnego kąśliwego obrazu Polaka zaszpuntowanego w dewocyjnym wstecznictwie, godnego rezydenta ciemnogrodu. Zamiast tego twórca skupia się na jednostkowych przeżyciach, choć zarysowanych na tle pewnej reprezentacyjnej grupy. Jest w owej zbiorowości potrzeba rytuału, znaku, boskiej interwencji. Nawet i kolorowej popeliny rodem ze straganu na Jasnej Górze czy pląsów w rytm spolszczonego „Like a prayer”. Czy z tego wszystkiego – bublowatych dewocjonaliów, piosenek, telewizyjnych uzdrowień anielskich, opowieści o szatach i spojrzeniu Maryi – można uczynić zarzut idolatrii? Jak powinna brzmieć konkluzja spektaklu – smutna to prawda o naszej zubożałej kondycji duchowej czy podkreślenie tego, że cały sztafaż towarzyszący wierze jest naturalny, a nawet potrzebny? Bardziej niepokojąca wydaje się inna obserwacja – religia, system, który powinien konsolidować wiernych, obnaża kulejący zmysł wspólnotowy. Nikt nie chce tańczyć i śpiewać w rytm przerobionego na religijny song „Felicidad”. Pytanie o wiarę w nieograniczone możliwości Boga odbija się głucho od ścian sali. I ukoronowanie w postaci najbardziej wymownej sceny, w której wszyscy padają na ziemię i modlą się, każde z  osobna, każde w swoim języku. Rejwach narasta; w ciemności rozlega się głuche stukanie taboretem o podłogę. Bez odzewu. Bóg nie istnieje czy trzeba się bardziej postarać, by w końcu przemówił naprawdę?

Agata Tomasiewicz
teatrdlawas.pl