Zachwycająca wizualnie „Balladyna. Kwiaty ciebie nie obronią” w reżyserii Wojciecha Farugi stanowi wyzwanie dla widza. Najnowszy spektakl Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i uwodzi, i drażni, drocząc się z przyzwyczajeniami odbiorcy, który oczekuje klasycznej inscenizacji

Dorota Kowalkowska i Wojciech Faruga, autorzy adaptacji, zdekonstruowali dramat Juliusza Słowackiego. Rozbili chronologię, podkreślili wątki do tej pory pomijane i dodali nowe z innych dzieł wieszcza (np. „Beatrix Cenci”). Ich podejście do klasycznego tekstu symbolizuje scena, w której Grabieć (Damian Kwiatkowski) opowiada historię swojego życia Goplanie (Ewelina Żak). Ta znudzona jej powtarzalnością dopowiada za nim, jakby już gdzieś ją słyszała i widziała. A my wraz z nią, bo przecież „przerabialiśmy” to w szkole. Teraz przyszedł czas na coś zupełnie nowego, choć spowoduje zagubienie widza. Wkraczamy w przestrzeń jak ze „Snu nocy letniej” Szekspira, tyle że bardziej mroczną, gdzie oprócz miłostek i leśnych duchów plączących losy ludzi istnieje przemoc, gwałt i zbrodnia. Wałbrzyska inscenizacja „Balladyny” jest jakby wyjęta z krzykliwych filmów Baza Luhrmanna, który zaszokował postmodernistyczną wersją „Romea i Julii” Szekspira. Przepiękna scenografia Agaty Skwarczyńskiej (jej autorstwa są też wysmakowane kostiumy i gra świateł) podkreśla fantastyczność nadgoplańskiej rzeczywistości. Nisko zawieszony, ogromny Księżyc w pełni zdaje się zaglądać bohaterom w oczy i sterować nimi. Może to on odpowiada za ich zachowanie: pragnienia, uczucia, żądze? Pierwotne instynkty wychodzą na wierzch. Goplana ze swoją zmultiplikowaną grupą Chochlików i Skierek (Sara Celler-Jezierska, Irena Sierakowska, Karolina Krawiec, Angelika Cegielska) tańczy rytualny taniec (świetna transowa muzyka Joanny Halszki Sokołowskiej). Dołączają się do nich Alina (Rozalia Mierzicka) i Balladyna (Mirosława Żak). Matka (Irena Wójcik) chce je dobrze wydać za mąż. Realizatorzy „Balladyny” proponują, by spojrzeć na nią z przymrużeniem oka. W ich ujęciu Kirkor (Dariusz Skowroński)to starzec, któremu choroba uniemożliwia mówienie. Choć nie powinniśmy się śmiać z cudzego kalectwa, jego bełkot wywołuje rozbawienie. Malinowy pojedynek sióstr to ich pojedynek w kisielu. Wesele Balladyny nie może się obejść bez żenujących zabaw w stylu przepychania jajka przez nogawkę spodni. Gdzieś za tym wszystkim jest dramat dziewczyny, skryty za pomysłami inscenizacyjnymi i intertekstualnymi grami. Mirosława Żak jako tytułowa postać jest doskonała i zawłaszcza dla siebie całą scenę. Ciągle w ruchu, jakby miała ADHD i chciała jak najwięcej dla siebie od życia. Chwilą wyciszenia są jej rozmowy z Pustelnikiem (Beata Bandurska), w kontraście do kolorowej wrzawy. Przejmująca jest ostatnia scena, gdy kolejni weselni goście, odzierają Balladynę ze ślubnej, wykonanej z waty cukrowej, sukni. Zawiera się w tym cała tragedia bohaterki. Czy trzeba wybrać się na wałbrzyską „Balladynę”? Koniecznie, bo przecież, mówiąc słowami samej postaci, takiej jej nie znacie.

***

Usłyszane we foyer

Poprosiliśmy widzów o pierwsze, gorące wrażenia po premierze „Balladyny. Kwiaty ciebie nie obronią” w reżyserii Wojciecha Farugi.

Aneta Boczkowska: Pierwsze wrażenie to chaos. Poszczególne elementy są zachwycające. Na pewno będą we mnie jeszcze bardzo długo żyły. Natomiast jako całość to chaos. Po obejrzeniu dzisiejszego spektaklu tak naprawdę okazuje się, że nie znam „Balladyny”. Natomiast szczególnie podobała mi się Mirosława Żak jako Balladyna. Ukradła wszystko. Była jedyną osobą na tej scenie zarówno, kiedy śpiewała, miotała się, leżała, zabijała i kiedy kochała. Była tylko ona!

Mariusz Kacata: Moje pierwsze wrażenia po obejrzeniu „Balladyny. Kwiaty ciebie nie obronią” są dosyć mieszane. Zderzyła się tutaj epoka bliska Słowackiemu z teatrem współczesnym, co było widać w różnych rekwizytach i interpretacji niektórych scen. Niemniej uważam, że ten spektakl jest bardzo interesujący przejmujący. Wielki szacunek i oklaski należą się odtwórczyni głównej roli Mirosławie Żak. To ona ciągnęła całe przedstawienie i nadawała mu ton. Warto się wybrać na „Balladynę” i poświęcić dwie godziny, po to, by zobaczyć fajną sztukę z fajnym przekazem i dosyć odważną