Staw z nenufarami rodem z "Nocy i dni", miłość wprost z powieści Mniszkówny, niepodległościowe mity i męski balet na jednej scenie? W postmodernistycznej "Aleksandrze. Rzeczy o Piłsudskim" w reżyserii Marcina Libera mieszanka stylów, konwencji i artystycznych chwytów sprawia, że rozbuchana forma niepodzielnie góruje nad treścią

Tytułowa bohaterka inscenizowanego na wałbrzyskiej scenie dramatu Sylwii Chutnik to druga żona, jedna z trzech kobiet („trzech zaborów Ziuka”) marszałka Piłsudskiego. Jest to postać na tyle złożona, że poznajemy ją w trzech wcieleniach: pełnej zapału rewolucjonistki (Rozalia Mierzicka), eleganckiej i zazdrosnej żony (Mirosława Żak) oraz przesadnie spokojnej, pogodzonej z losem matki (Angelika Cegielska). Ich głosy składają się na dramat jednej bohaterki, rozdartej między pragnieniem czynu a biernym funkcjonowaniem w cieniu męża.

Kobiety brodzą w wodzie w eleganckich sukniach, opowiadając swoje historie niby sobie nawzajem, jakby były starymi przyjaciółkami. Rewolucjonistka wygłasza płomienny monolog o swojej działalności w partyzantce i ukrywaniu amunicji pod eleganckimi strojami (popisowy moment Mierzickiej) – chwilę później zaś częstuje pozostałe bohaterki czereśniami i urządza zawody w pluciu pestkami na odległość. Żona sentymentalnie odśpiewuje „Miłość ci wszystko wybaczy”, a zarazem żywi mordercze pragnienia wobec kolejnej kochanki męża (Żak łączy w tej roli delikatną kobiecość z intrygującą drapieżnością). Matka snuje wizje romantycznej miłości wprost z kart „Trędowatej”, jest wycofana, a jednocześnie tłumi w sobie bunt wobec stagnacji domowego życia (Cegielska istotnie wygląda jak heroina z dawnych romansów; tym mocniej zatem brzmią jej słowa pełne wyrzutów i goryczy). Kobiety trzymają się razem, wspierają siebie nawzajem; tworzą jeden organizm, co staje się szczególnie widoczne w scenach regularnego tańca ich gestów do muzyki klawesynowej.

Tło dla przeżyć bohaterki (bohaterek) stanowią prostackie przekomarzania męskiego chóru. Czterech przebranych we fraki i gumofilce (zaiste urocze połączenie) mężczyzn na bieżąco komentuje postępowanie Aleksandry, nie pozostawiając przy tym suchej nitki na samym Piłsudskim. Marszałek nazywany jest „rozwodnikiem, przechrztą i oszustem”, wypomina mu się kontrowersyjne decyzje polityczne. Truchło jego kasztanki zresztą cały czas wisi nad sceną, zaś odtworzenie autentycznego nagrania wypowiedzi Piłsudskiego prowokuje jedynie komiczne, wręcz kabaretowe gesty. Męski ród bezczelnie znęca się nad Aleksandrą, wyśmiewając jej partyzanckie zaangażowanie i pragnienie miłości. Czterej eleganci uznają tylko miłość do ojczyzny, pojmowaną jednak cokolwiek naiwnie. Raz po raz wybuchają przy tym gromkim śmiechem lub znacząco chrząkają, co ma rzekomo podbudować ich autorytet. Zestawienie ich wypowiedzi z historiami samej Aleksandry daje solidny efekt komiczny, w czym zasługa zwłaszcza wiodących prym Ryszarda Węgrzyna i Rafała Kosowskiego.

Ideologiczny przekaz spektaklu to jednak przede wszystkim ukazanie niedoli niezależnej kobiety, która w imię miłości popada w małżeńsko-macierzyńską niewolę równoznaczną z życiową biernością i wiernym oczekiwaniem na męża, póki ten nie stwierdzi, że „inna go inspiruje”. Bardzo mocno wypada na tle przedstawienia scena, w której trzy kobiety wyrzekają: „nie podoba mi się to”, „nie o taką Polskę walczyłam”, wrzucając do wody zapalone zapałki. Aleksandra jest bowiem uosobieniem kobiety walczącej, w korowodzie „między Emilią Plater a Shoshanną Dreyfus” (mężczyźni pogardliwie mówią o niej „Platerówka jedna”). Męski świat ogranicza jednak jej możliwości, sprowadza ją do roli nimfy-kochanki, żony i matki.

Świetne aktorstwo od samego początku stanowi o wartości spektaklu. Sposób artystycznego wyrazu i scenograficzne rozwiązania psują jednak ogólny, pozytywny efekt. W finale przedstawienia scena przypomina wysypisko śmieci, na którym popiersie Piłsudskiego pokrywają foliowe worki, a państwowe godło i ułańskie szable giną pod nawałem plastikowych butelek. Chór silnych mężczyzn przeobraża się w baletnice w falbaniastych sukienczynach, wykonujące łabędzi taniec, kobiety zaś zajmują miejsce panów w tyle sceny i przybierają goryle maski. Metafora zamiany ról i kobiecej zemsty przedstawiona w ten sposób wdziera się łopatologicznie do wyobraźni widza, niekoniecznie budząc stosowną aprobatę, a nawet balansując na granicy dobrego smaku.

Spektakl „Aleksandra”, dramatycznie nierówny, momentami przeideologizowany, gubi wartość słowa pośród formalnych fajerwerków. Na szczęście jednak broni się aktorsko, a umiejętności odtwórców poszczególnych ról pozwalają na odkrycie komiczno-tragicznych smaczków w tekście Sylwii Chutnik. A dla przyjemności oglądania tria Mierzicka-Żak-Cegielska warto nawet zostać ochlapanym wodą ze scenicznego stawu.

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
28 listopada 2011