Zdziwiłby się Fredro niezmiernie, gdyby mu było dane zobaczyć jego "Zemstę" w konwencji zaproponowanej obecnie przez wałbrzyski teatr. Tak samo zdziwi się każdy współczesny widz, spodziewając się zobaczyć tę sztukę w postaci, jaka zna ze szkolnych lektur lub z filmu A. Wajdy.

Wałbrzyska "Zemsta" tylko na samym początku ma coś z tradycyjnego Fredry, reszta jest reżyserską wizją Weroniki Szczawińskiej na temat "Zemsty". To coś w rodzaju igraszek z oryginalnym tekstem uzupełnionym improwizacjami reżyserki. Ona sama zresztą przyznaje w wywiadzie dla "Nieregularnika Teatralnego", że to nie jest inscenizacja utworu Fredry, że "staramy się nie tyle wystawić "Zemstę", co stworzyć swoją opowieść na kanwie "Zemsty". A jeżeli tak, no to w porządku. Słuchajmy dalej: "Nie robimy tego spektaklu po to. żeby po raz kolejny opowiedzieć tę historię. Używamy tekstu "Zemsty", legendy "Zemsty" i w ogóle wszystkiego, co się z tym wiąże, żeby przeprowadzić pewien rodzaj recyklingu. Chcemy użyć "Zemsty" jako klucza do zrozumienia pewnych problemów, które są problemami stricte teatralnymi. W zasadzie wszystkie środki inscenizacyjne dążą do tego, żeby "zdjqć skórę" z tekstu dramatu i zostawić nagi mechanizm." Czyli należałoby oczekiwać widza, który zna tekst Fredry na tyle dobrze, by podążać za tą wizją reżyserską i nie zagubić pierwowzoru. Bo jednak oryginalny fredrowski tekst jest tu obecny przez cały czas, chociaż gdzieś w tle, jako środek do innego celu. "Ja traktuję ten tekst jako taką maszynkę, która może wygenerować śmiech, ale też maszynkę, która uruchamia pamięć w widzu. Chodzi o to, że każdy, kto przeszedł przynajmniej podstawową edukację w Polsce, ma jakiś powidok "Zemsty" w głowie, nawet jeśli nie pamięta się tej intrygi" – mówi Weronika Szczawińska.

No i w rezultacie mamy nowy polski utwór dramatyczny, którego nie chciałbym nazywać "Zemsta na "Zemście", ale coś w tym jest. Coś pewnie nowego zyskano, ale też coś istotnego stracono. Ta "Zemsta" nie jest już komedią, na szczęście też nie jest jeszcze tragedią. Zaginęło jednak coś, co w tradycyjnej fredrowskiej konwencji tworzyło istotę tej sztuki. Ten rubaszny, czy sarmacki ima-ge, humor. No, ale skoro ma to być opowieść z "Zemstą" w tle, przyjmijmy to tak. Żal nam pewnych stereotypów, ale drugiej strony biorąc, nie można uparcie pozostawać w tradycyjnej konwencji i proponować kolejne wersje utworu jako "kalki" poprzednich.

Teatr też ewoluuje! Już Hanuszkiewicz wiele lat temu wprowadził motocykle hondy do swojej wizji "Balladyny". Takich uwspółcześnionych wersji dawnych utworów jest obecnie mnóstwo i to czyni je ponadczasowymi. Myślę, że wałbrzyska publiczność zdążyła się już przyzwyczaić do nowatorskich zabiegów w prezentowanych tu utworach "Burza", "Iwona…", "III" / Trzeci/) i jakoś zaakceptuje także i tę propozycję. Na wszelki wypadek nie zaszkodzi przeczytać sobie jeszcze raz Fredrę przed wyjściem do teatru. Uspokajam, że "mocium panie" czy ",krokodyla daj mi luby" nie zabrakło i w tej wersji.

"Zemsta na "Zemście"?"

Henryk Król

Tygodnik Wałbrzyski nr 48/30.11

2 grudnia 2009