"Zakończył się spektakl

Czy rzeczywiście nie istnieje już żaden powód, by wystawiać ten najbardziej znany polski dramat? "Zemstą" wiele nowych teatrów inaugurowało po wojnie swoją działalność. "Zemstę" gra się najczęściej z okazji okrągłych jubileuszy. "Zemsty" żaden minister wizjoner nie próbował usuwać z kanonu lektur, a obowiązkowe wycieczki szkolne na jej wystawienia pozostają często jedynym teatralnym doświadczeniem młodego Polaka. Doświadczeniem, które przesądza zwykle o tym, że starszy Polak do teatru się już nigdy nie wybierze. "Zemsta" funkcjonuje jako dramat bezpieczny, zgrabny, wesoły, dla młodzieży zdatny, ze wszech miar grzeczny i bardzo, bardzo polski (a co ważne dla małych teatrów – niewymagający tak olbrzymiej obsady jak oficjalnie narodowe "Wesele").

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, którego pierwszą premierą była właśnie "Zemsta" (1964) na swoje 45-lecie wraca do historii o "mociumpanach", murach i krokodylach, by sprawdzić: o co chodzi? Na czym polega ten fenomen, ta nieznośna lekkość fredrowskiego hitu wszech czasów? Tłumaczenie, dlaczego dany tekst "chwyta", przypomina tłumaczenie, dlaczego kawał jest śmieszny. Wychodzi z tego albo żenująca bzdura, albo skecz w stylu "Student Awas" (legendarny numer Piotra Fronczewskiego i Wojciecha Pszoniaka).

Reżyserka Weronika Szczawińska spróbowała znaleźć trzecią drogę. Wytłumaczyć, zdekonstruować, rozbić na kawałki i to w sposób nie tylko akademicki, naukowy, ale też atrakcyjny teatralnie. Co chwilę inny aspekt tekstu jest brany na warsztat, co chwila wydaje się, że odkrycie tajemnicy hrabiego Aleksandra jest już blisko. Może sekret tkwi z średniówce? Rejent (Jacek Krautforst) wygłaszając absurdalny, egzaltowany wykład na temat budowy wiersza w "Zemście" rozwiewa to złudzenie. Może w elegancji, sile tradycji i magii historycznego kostiumu? Aktorzy paradują przy dźwiękach poloneza jako żywe obrazy, pozują w sukniach i kontuszach, po czym sami przyznają, że wygląda to dość idiotycznie. Może sekret tkwi w uroczej manierze przerysowanych gestów? W otwierającej spektakl scenie Papkin (Rafał Kosowski) i Cześnik (Włodzimierz Dyła) prezentują skondensowaną, zrytmizowaną parodię wszelkich "a la Fredrowskich" choreografii z przytupami, obrotami, chwytaniem za szablę i przetapianiem w gest każdego słowa. Po obejrzeniu takiego "bryku z póz" trudno będzie znieść jakąkolwiek wersję "Zemsty" bez popadania w histeryczny śmiech.

Może więc wartość dramatu tkwi w otwartości na współczesne formy i konteksty? Po odsłonięciu kurtyny pojawia się zgeometryzowana, czarno-biała scenografia pełna dziwnych machin, kołowrotów, huśtawek. Jest jak spełniony koszmar o teatrze, który próbuje być za wszelką cenę awangardowy, przeszczepia więc nowoczesne triki na grunt czegokolwiek. Może chodzi więc po prostu o humor i szansę stworzenia "pysznych" aktorskich kreacji? Artyści w przerwie między znanymi fragmentami scenariusza dają lekcję slapstiku, dowodząc, że prawdziwy, oczyszczający śmiech możliwy jest tylko przy najbardziej prymitywnych żartach. Proces tworzenia kreacji aktorskiej demontują Kosowski i Ewelina Żak (Podstolina), próbując wspólnie wycisnąć rodzajową maestrię z roli Murarza.

Uwspółcześnianie "Zemsty" nie ma sensu, przekonuje reżyserka spektaklu Weronika Szczawińska. Widać to także po wynikach ogłoszonego przez wałbrzyski teatr konkursu na dramat inspirowany przebojem "Fredry". Teksty do samej "Zemsty" nawiązywały jedynie imionami postaci, formą wierszową czy eksponowaniem wątków i tak gorących w ostatnich sezonach (jak problemy na linii ojciec – syn czy zmagania ze starością). Wałbrzyski spektakl jest więc przede wszystkim opowieścią o naszym sentymencie wobec tekstu hrabiego Fredry. O wspomnieniach tych pierwszych obowiązkowych wycieczek, tych starych, miłych sercu filmów z Jackiem Woszczerowiczem, Beatą Tyszkiewicz, Danutą Szaflarską. Jubileuszowa "Zemsta" jest także przykładem reżyserii o reżyserii, teatru o teatrze, tekstu o tekście. Gdyby chodziło o jakikolwiek inny tekst, mogłoby powstać przedstawienie hermetyczne, niezrozumiałe. Ale "Zemstę" znają wszyscy. To nasza zabawka z dzieciństwa, której dźwięku, kształtu i przyjemności, jaką dawała, nie zapomnimy nawet po rozłożeniu jej na części.

"Nigdy więcej »Zemsty«?"

Joanna Derkaczew

Gazeta Wyborcza

23 listopada 2009