"W puszczyni i w puszczy z Sienkiewicza i innych" w reżyserii Bartosza Frąckowiaka w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu jest kolejnym odważnym eksperymentem w sezonie teatralnym pod hasłem "Znamy, znamy do kwadratu". Za kolonialne fantazmaty i szowinizm dostaje się wszystkim, nawet Ryszardowi Kapuścińskiemu.

"Kolonizować to wchodzić w relację z nowym krajem, aby korzystać z jego wszelakich dóbr i aby równocześnie przynieść ludom prymitywnym zdobycze kultury intelektualnej, społecznej, naukowej, artystycznej, literackiej, handlowej i przemysłowej – zdobycze ras wyższych."

(Merignhac, "Précis de législation et d’économie coloniales")

“Opisuj Afrykę jakby była jednym krajem”

Weronika Szczawińska i Bartosz Frąckowiak przygotowywali „W pustyni i w puszczy z Sienkiewicza i z innych” przez rok, w ciągu którego zbierali teksty kultury tematycznie związane z Afryką i postkolonializmem. Efektem ich twórczych poszukiwań stał się spektakl, którego głównym celem ma być analiza kolonialnej spuścizny Europy. Może się wydawać, że Polska nie ma takiej przeszłości, jednak twórcy widowiska rozliczają się również z narodowymi fantazjami na temat posiadania afrykańskich kolonii. Te marzenia przyjmują rangę symbolu polskiej pamięci narodowej, będącej niebezpieczną syntezą martyrologii i heroizmu. Kraj starający się o zamorskie posiadłości, próbuje jednocześnie potwierdzić własną wartość. W ten sposób poszukuje dowodów na wyższość kultury o korzeniach chrześcijańskich nad kulturą „dzikich rytuałów” i „barbarzyńskiego” systemu wartości.

 

Baczyński, Blake, Bowles, Brandys, Butcher…

Wałbrzyska interpretacja Sienkiewicza i innych to bardziej zbiór postkolonialnych haseł wywiedzionych ze sztandarowych tekstów tego nurtu niż psychologiczna analiza postaci. Niestety, skupienie się na ogólnych problemach odbiera adaptacji prozy Sienkiewicza perspektywę indywidualną. A przecież największymi ofiarami kolonializmu są jednostki poniżone przez rasizm i imperialne zapędy mocarstw. Rezygnacja z bohatera jako osobowości owocuje specyficzną funkcją aktora. Bardziej niż odegranie roli liczy się tu „wystawiona na pokaz” fizyczność, cielesność. Taki niemal ekshibicjonistyczny byt materialny – aktor nie zaprasza odbiorcy do współodczuwania, ale prowokuje do konfrontacji. W spektaklu ciekawa jest wielowymiarowość ról, które zdają się funkcjonować w kilku światach jednocześnie – biorą udział w rekonstrukcji fabuły „W pustyni i w puszczy”, ilustrują doktrynę postkolonializmu, są metaforycznym obrazem destrukcji „czarnego lądu”, a także aktorami teatralnego performansu. Taka konstrukcja postaci jest niezwykle wymagająca nie tylko dla aktora, ale również dla widza. Trudno się nie pogubić, śledząc kolejne sekwencje tego postdramatycznego spektaklu. Przeważająca część scen to sekwencje zbiorowe; Przez prawie trzy godziny jedenastoosobowy zespół znajduje się na scenie niemal zawsze w komplecie. Wiele działań odbywa się równocześnie, stad systematycznie powracające wrażenie chaosu. Ale cóż innego, niż zamieszanie lepiej oddałoby istotę sprawy?

… Churchill, Coetzee, Conrad, Czukowski…

Przedstawienie chwilami drażni i irytuje, jednak hipnotyzująca, doskonała gra aktorska sprawia, że widz nie jest w stanie oderwać wzroku od sceny. Ewelina Żak, jako alegoria „czarnej Afryki”, stworzyła fantastyczną, ambiwalentną kreację. W swojej fizyczności jest wyzywająca i tajemnicza. W sferze znaczeń, jakie budują inne działania sceniczne, zamiast pożądania budzi współczucie i wyrzuty sumienia. Afryka jest kobietą, a kobieta – Afryką. Ta postać, poza wymiarem postkolonialnym, zawiera także genderowy komunikat – „Woman is the nigger of the world”. Reszta zespołu aktorskiego radzi sobie równie dobrze: Wojciech Niemczyk, czyli Staś, jako archetypowy superbohater, świetnie obrazuje krytyczne spojrzenie autorów spektaklu na tekst Sienkiewicza. Jego relacja z Kalim to najciekawszy element przedstawienia. Oparty na fizycznej dominacji, brutalny stosunek młodzieńca do „przyjaźnie nastawionego Murzyna” to uderzający symbol nastawienia bogatej północy wobec niedorozwiniętego ekonomicznie południa świata. Jednocześnie, taki sposób komunikowania ma głęboką motywację psychologiczną. Przedstawienie najmocniej porywa właśnie wtedy, gdy między postaciami zachodzą autentyczne, przeniesione z rzeczywistości, interakcje. Pełen napięcia i bardzo dotykający jest moment, w którym Staś przesłuchuje postawionego pod ścianą, oślepionego mocnym światłem Kalego (świetny Andrzej Kłak). Dopiero kiedy zakłada mu biały kołnierzyk, może porozmawiać z nim jak równy z równym. Przywołana zostaje tutaj teoria Frantza Fanona, który w książce "Black skin, white mask" opisał jak zachodnia kultura uprzedmiotawia czarne ciało, a czarnoskórzy są zmuszani do skrywania się za "białą maską", jeśli chcą choć w niewielkim stopniu brać udział w życiu publicznym. Podobna, bo również oparta na dominacji, więź łączy Stasia z psem Sabą i słoniem Kingiem – zwierzętami, których role zaskakująco wiarygodnie, choć za pomocą oszczędnych środków, odgrywa Piotr Wawer. Intrygująca w swojej niejednoznaczności jest Marta Nieradkiewicz, której Nel to trochę strachliwa lolitka, ale jednocześnie pewna siebie młoda dama i trochę rasistka: wykrzykuje hasła w stylu „znajdzie się kij na arabski ryj”, ale jednak przeżywa fascynację seksualną pierwotnym, półnagim dzikim człowiekiem. Nieradkiewicz całkowicie poświęca się roli, interpretując Nel w sposób odważny i kontrowersyjny, czym rzuca nowe światło na znaną z książki głupiutką ośmiolatkę.

… Deren, Joyce, Kapuściński, Karpiński, Kipling, Kolankiewicz…

Spektakl podporządkowany jest sprzecznościom i opozycjom: Europa (której symbolem jest grana przez Agnieszkę Kwietniewską postać kolonialnego dziennikarza) versus Afryka, czyli białe kontra czarne. Pierwotne i dzikie resztkami sił opiera się „cywilizowanemu” światu i jego wydumanym zachciankom. Za pośrednictwem znanych z Sienkiewicza postaci, atrybuty kobiecości ścierają się z tym, co męskie: rozchwianie emocjonalne i pierwsze oznaki młodzieńczego buntu Nel kontrastują z dojrzałością i stanowczością bohaterskiego Stasia.

W piętnastu scenach – sekwencjach Frąckowiak i Szczawińska zarysowują fabułę „W pustyni i w puszczy”, ubierając ją w surrealistyczne, a momentami zaskakujące skojarzenia oraz konteksty. Panowie Tarkowski (Sebastian Stankiewicz) i Rawlinson (Ryszard Węgrzyn), którzy wyruszają na poszukiwanie uprowadzonych dzieci to harcerze z kolonizatorskiego zastępu „Baobab Kraków”. Są nieokrzesanymi nieudacznikami, bardziej dziecinnymi niż Nel.

…Leiris, Mickiewicz, Moorehead, Potocki, Rousell…

Metaforycznym skrótem poruszanych w spektaklu tematów jest doskonała scenografia – zapadnie i wypełnione pachnącą kawą doły obrazują eksplorację i wyzysk. Kostiumy i rekwizyty rodem z kolonialnej cepelii, „dzicy” wysmarowani czarną farbą oraz grana na żywo muzyka, korespondująca z etnicznymi rytmami, stawiają pytanie o możliwość wyjścia poza dyskurs kolonialny. Po obejrzeniu tej wersji „W pustyni i w puszczy” mówienie o stereotypach w niestereotypowy sposób wydaje się niemożliwe. Polski heroizm, martyrologia, religijność i inne wady narodowe zostają trafnie wyśmiane, ale nie ma w tej satyrze nic nowego. Jako naród, chcielibyśmy być na tyle wielcy, żeby inni chcieli być tacy, jak my. Chcielibyśmy być na tyle wiarygodni, żeby inni chcieli naszej wiary. Niestety, „hołd lenny – polish traditional performance” w Afryce nie robi na nikim wrażenia. Groteska wprowadzona do spektaklu przez Szczawińską i Frąckowiaka w gruncie rzeczy wybrzmiewa dość smutno, bo dobitnie pokazuje, jak niewiele mamy do zaoferowania. Śmieszne i straszne zarazem są te imperialne zapędy kraju, który nigdy nie był imperium. W sumie, to po co mielibyśmy oferować innym cokolwiek na zasadzie wymiany, skoro tak bardzo opłaca się postawa roszczeniowa? Przecież Polska, ze swoim bogoojczyźnianym bagażem wartości, wykształciła kulturę tak doskonałą, że przewyższa znacznie starsze wytwory duchowe, symboliczne i materialne „dzikich plemion”.

… Shaw, Sienkiewicz, Plath, Rymkiewicz, Słonimski, Wainaina, Wells.

"W pustyni i w puszczy" Bartosza Frąckowiaka i Weroniki Szczawińskiej to ważny głos w dyskusji o kolonializmie jako przyczynie rasizmu oraz o polskości jako wypadkowej popularności szowinistycznego pisarstwa i martyrologicznego dyskursu. Oprócz tego „W pustyni i w puszczy z Sienkiewicza i innych” stawia fundamentalne pytania o człowieczeństwo, o funkcjonowanie wartości humanistycznych w zdehumanizowanej rzeczywistości postmodernizmu. Za pomocą odważnego nagromadzenia różnych środków wyrazu szuka ratunku przed rozszalałym europocentryzmem. To atrakcyjne widowisko wymaga od odbiorcy skupienia i wyrozumiałości, ale nie pozostawia obojętnym. I chociaż chwilami jest bardzo męczące, to z pewnością warto przyjrzeć mu się z uwagą. Nie tylko w kwestii przekazu ideologicznego. Formalna warstwa spektaklu, rozwiązania techniczne oraz pomysły reżyserskie również wprowadzają do teatru pewną nową jakość.

PS Widzowie lubią, kiedy puszcza się do nich oczko. Uważni obserwatorzy scenicznego mikrokosmosu uśmiechną się na widok pomalowanego na czarno pracownika technicznego. A ten, nie biorąc udziału w akcji scenicznej, snuje się w okolicach kulis i posyła widowni znaczące spojrzenia.

2011.06.20
Magda Szpecht
g-punkt.pl