O barierach kulturowych, etnicznych i płciowych opowiadają dwie premiery w wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym: "Shoa-Show" w reżyserii Awiszaja Hadariego na podstawie "Skrzypka na dachu" i "W pustyni i w puszczy. Z Sienkiewicza i z innych" – Bartosza Frąckowiaka

Obcym jest Tewje w Anatewce, gdzie więcej ma do powiedzenia pop niż rabin. Obcy są Staś i Nel na Czarnym Lądzie, a nam obca jest Afryka. Nie zrozumiemy nawzajem swoich dramatów, nie przełamiemy bariery. Nawet próbując pomóc, zaszkodzimy. Przemoc – świadoma i nieświadoma – wydaje się nieunikniona.

– Przyszliśmy cię bić, chociaż człowiek z ciebie przyzwoity, ale w innych wioskach biją, więc i tu trzeba – usłyszy w finale Tewje od swoich sąsiadów. Jedyna nadzieja, że projekt wyeliminowania obcych nie kończy się pełnym sukcesem. Afryka, nawet podbita, nigdy nie będzie do końca ujarzmiona, a ci, co ocaleli pogromów i Holocaustu, znajdą w sobie siłę, żeby zatańczyć do piosenki "I Will Survive".

Pierwszy spektakl powstał na scenie debiutów, drugi jest efektem pracy pary twórców o bogatych artystycznych biografiach. Jednak to "Shoa-Show" robi lepsze wrażenie – jest spektaklem spójnym, przekonującym zarówno jeśli chodzi o interpretację powieści Szaloma Alejchema, na której był oparty, jak i o inscenizację i aktorstwo. Ta miniatura (spektakl jest prezentowany na małej scenie i trwa niewiele ponad godzinę) to perełka. Z kolei "W pustyni i w puszczy" to projekt, w którym realizatorzy chcieli powiedzieć zbyt wiele. A fakt, że trzygodzinny spektakl widz jest w stanie wytrzymać, jest zasługą doskonale prowadzonych aktorów.

W "Shoa-Show" nie usłyszymy piosenek znanych z musicalu Bocka i Steina – cała ta żydowska cepeliada, biorąca w nawias życiowe tragedie bohatera, trafiła do kosza. Zamiast tego mamy spektakl na pograniczu dwóch konwencji – groteski i realizmu. Tewje (znakomity Włodzimierz Dyła) jest naprawdę biedny, brudny i spocony. Krawiec Motl (Mirosława Żak) najdosłowniej słania się z głodu, a ręce bogatego rzeźnika Lejzera Wolfa (Adam Wolańczyk) ociekają krwią. Rzecz zaczyna się w klimacie groteski, jednak z upływem czasu zamienia się w prawdziwy dramat, kiedy na głowę Tewjego spadają kolejne nieszczęścia.

Śmiejemy się, kiedy próbuje wydać córkę za mąż, a kiedy ów plan zawodzi, stara się przekonać żonę do dużo mniej korzystnego mariażu z biednym krawcem. Umowność komediowych sytuacji podkreśla tu gra aktorska – postaci na scenie poruszają się na podobieństwo marionetek, wydają się być sprowadzone do typów ludzkich, a kostiumy jeszcze podkreślają tę uproszczoną charakterystykę. Kiedy jednak Tewje wydziedzicza kolejną córkę, Chawę, topi się uwiedziona Szprince i umiera żona bohatera Gołda, dramat gęstnieje, a całą marionetkowość spektaklu diabli biorą. Finał jest już prawdziwie przejmujący, rzeczywistość wdziera się do teatrzyku z impetem porównywalnym do uderzenia, z jakim duch zmarłej żony Wolfa przebija ścianę sypialni Tewjego. Bohater w swoim cierpieniu staje się nagi, bezbronny, znika bariera umowności oddzielająca go od widowni, a jego los dotyka boleśnie.

"W pustyni i w puszczy" Bartosza Frąckowiaka i Weroniki Szczawińskiej brakuje takich momentów. Zrealizowany z rozmachem spektakl jest częścią cyklu "Znamy, znamy do kwadratu". Mamy tu do czynienia z nadmiarem – zarówno w warstwie treści, jak i inscenizacji. Czego tu nie ma – Kapuściński, Conrad, Coetzee, Bowles, literaturoznawcy, historycy, ba! nawet botanicy. Są sny o polskiej kolonialnej potędze, tyrady na temat szkód, jakie afrykańskiej florze uczyniły importowane z Europy nasiona, jest niewolnictwo, różnice rasy i płci. Weronika Szczawińska w odrabianiu lekcji na temat "W pustyni i w puszczy" spisała się jak Hermiona Granger i zasłużyła na szóstkę z plusem. Nie ma chyba w spektaklu tematu, który zostałby pominięty, gorzej jednak rzecz się ma z dramaturgią, bo w tym nadmiarze brak wyraźnych akcentów. Są tu sceny znakomicie zainscenizowane, takie jak rozmowa Stasia z Kalim, ale są i takie, gdzie uwagę widza utrzymują niemal wyłącznie aktorskie popisy. Wychodzi się jednak z tego wszystkiego z poczuciem kompletnego chaosu, obnażającego naszą bezradność, kiedy próbujemy opisać Czarny Ląd. Jeśli nawet taka była intencja twórców, to i tak nie udało się jej spełnić. W miejsce – w domyśle – skłamanego obrazu Afryki z powieści Sienkiewicza dostajemy porcję truizmów i oczywistości. To, że spektakl ogląda się mimo tego z dużą przyjemnością, jest przede wszystkim zasługą aktorów – zarówno tych związanych z wałbrzyską sceną, jak znakomita Agnieszka Kwietniewska w roli wyruszającego na podbój Afryki dziennikarza, jak i "pożyczonych" z innych scen – Marty Nieradkiewicz jako Nel, Marcina Pempusia w roli Araba i Ostatniego Czarnego czy Piotra Wawera, który zagrał psa Sabę i słonia Kinga.

2011.06.17
Magda Piekarska
Gazeta Wyborcza Wrocław