Coś pękło

Przedstawienie Natalii Korczakowskiej to kolaż kilku światów. Pierwszy to teraźniejszość, gdy Nelly opowiada o tym, co było. Drugi to właśnie przeszłość. Stojąca przed wszystkimi, obdarta z godności Nelly opowie o dziadku i matce, która umierała w suterenie. Zobaczymy też tragiczną miłości Nataszy, która miała być z Wanią. Niestety wszystko zaczęło się psuć. Natasza poznała Aloszę. Uciekła. Matce, Annie Andriejewnej pozostał medalion ze zdjęciem córki, ojciec Ichmieniew nie chce wybaczyć – Alosza jest przecież synem księcia Wiłkomirskiego, wroga ojca Nataszy.

Oba światy oddziela muzyka. Jednak ścieżka dźwiękowa kreśli jeszcze inny wymiar – pełen snu, wyobrażeń, fantazji, urojeń oraz ich wpływu na jednostkę – to także jeden z tematów spektaklu. Nie bez powodu, gdy Nelly opowiada o przeszłości, wykorzystano utwór Angelo Badalementiego. Tak więc powstaje klimat tajemniczości, czegoś mrocznego. Słyszymy również utwory Michaela Jacksona, które nie tylko pod względem treści, ale z samego faktu, że to ten a nie inny artysta, pasują do konstrukcji tematycznej przedstawienia. Takie słowa jak "rzeczywistość" czy "wyobrażenie", które ścierają się ze sobą w spektaklu, padają na scenie często, a przecież rzeczywiste informacje o molestowaniu nieletnich starły w proch wyobrażenia fanów o Królu Popu, czy jak pisze Sławoj Žižek, o "niewinnym obrazie jego osoby jako Piotrusia Pana" odwiedzanego wcześniej przez dzieci w swoim Neverland Ranch.

Natalia Korczakowska jest konsekwentna. Każdy spektakl wypełnia bliską jej doktryną filozoficzną. W "Śmierci Człowieka-Wiewórki" przypomniała myśl Hannah Arendt. W "Elektrze" jest rzecz o nadzorowaniu z pism Michaela Foucault. W spektaklu "Nelly" również pojawia się Foucault. Tylko wyzwolenie seksualne daje wolność – takie słowa padają podczas pijackich i seksualnych ekscesów na granicy halucynacji, jakie dzieją się między bohaterami w oświetlonym na czerwono kontenerze, ustawionym w głębi sceny. Kontener to głównie darkroom, "mroczne podbrzusze" rzeczywistości. Pośród uczestników dziejących się w nim szaleństw rozpoznajemy Amazonkę (Łukasz Brzeziński) – figurę poza płcią, poza czasem. Kampowa, cała w czerni, na obcasach, sztuczne rzęsy, kieliszek w dłoni. Brzeziński jest tajemniczy, jakby zszedł właśnie z ekranu, na którym wyświetlano film noir. "Nelly" podobnie jak "Zagubiona autostrada" staje się czasem miejscem zepsucia i obsceny.

Wracając jednak do Foucault, kwestie o wyzwoleniu seksualnym, które dobiegają z przeszklonej klatki, mogą być postrzegane jako niepotrzebne uzasadnienie poczynań bohaterów – oni i tak to wszystko robią. Ale mogą stanowić także obsceniczny fundament, który służy za przesłonę zapobiegającą bezpośredniej ingerencji ze strony Realności. Więc walka pijanej fantazji z tym, co za oknem, trwa. Alosza też ucieka w końcu w świat wyzwolonej seksualności.

Sceniczny real zbudowała Anna Met. Widzimy niskie barowe foteliki, a w głębi sceny jest wspomniany wcześniej przeźroczysty kontener-klatka. Za dnia siedzi w nim matka Nataszy Anna Andriejewna (Lidia Schneider). Niezapomnianą sceną jest jej rozmowa z Wanią (Maciej Wyczański), gdy ta wpada w jakąś groteskową histerię z powodu nagłego zniknięcia medalionu ze zdjęciem córki. Co? Przetarł się? – pyta. Z początku cała sytuacja bawi, lecz pod koniec sceny sprawa medalionu staje się poważna i nawet porusza. Aktorstwo Lidii Schneider jest jakąś genialną i niesamowitą szarżą. To najlepsza rola w spektaklu. Każde pojawienie się Schneider na scenie jest bardzo ożywcze dla całości. Nie dorównuje jej niestety Ryszard Węgrzyn w roli Lekarza, którego poczucie humoru wypada zupełnie blado. Czasami można mieć zresztą wrażenie, jakby reżyserka nie mogła się zdecydować, czy idziemy w zabawę czy nie.

Także w tym spektaklu jest obecny anonimowy kamerzysta, filmujący na bieżąco sytuacje i postacie. Taki sam środek zastosowała reżyserka w swoim poprzednim przedstawieniu, tylko wtedy tematem był nadzór, a więc powód był. Powstaje pytanie, jaki jest cel tego podglądania tutaj? Lidia Schneider mówi we wspomnianej wcześniej scenie z Wanią, co wywołało zresztą salwy śmiechu na widowni, że nie rozumie, po co taki teatr. Wrażenie potęguje zbliżenie twarzy aktorki na ekranie u góry. Czy to jedno zdanie ma ośmieszyć nie tylko sytuację, ale właśnie taki teatr z podglądaniem i kontenerami, który nie jest już odkrywczy, a zaledwie powiela zużyte chwyty? Jeśli tak, to jedno zdanie Andriejwny nie wystarcza. A może reżyserka chce badać przestrzeń podglądania, przestrzeń filmu w teatrze i to należy do jej pisma? Nie wiem.

Pewne jest jednak to, że mimo ciekawych tematów i emocji mogących wzbudzić w widzu namiętności, sytuacje, jakie mają miejsce na scenie zaczynają się w pewnym momencie komplikować i nie można tego nazwać wystawianiem widza na próbę cierpliwości. Niestety, ale zaczynamy się po prostu gubić w wydarzeniach, relacjach między bohaterami i działania aktorów przestają nas trochę obchodzić.

Trochę ciekawie, trochę nie. Naprawdę szkoda.

Wojciech Wojciechowski

Nowa Siła Krytyczna

13 października 2008