Z widokiem na cerkiew

Łukasz Drewniak: Kiedy dowiedziałem się, że przygotowujesz w Wałbrzychu adaptację "Skrzywdzonych i poniżonych" przypomniał mi się bon mot: "Dostojewskiego strach czytać, a co dopiero wystawiać w teatrze".

Natalia Korczakowska: Ciekawość jest w moim przypadku silniejsza niż strach. Wielkość Dostojewskiego polega na tym, że stawia on bohatera w sytuacji granicznej. Człowiek w strachu i w gorączce musi zakwestionować wszystko, co wie. Postaci z powieści Dostojewskiego są tak skonstruowane, że muszą przekroczyć swoją słabość albo polec.

W jaki sposób jego proza najbardziej inspiruje dziś teatr?

– Dostojewski marzył, żeby pisać sztuki sceniczne. Światy Dostojewskiego są kompozycją sztuczną, przestrzenią eksperymentu i spekulacji. W "Skrzywdzonych i poniżonych" przedmiotem badania są emocje i ich destrukcyjny wpływ na człowieka. Podstawowe jest tu pytanie, kiedy są one prawdziwe, a kiedy nie.

"Skrzywdzeni…" to dziwny, ale jednak melodramat…

– Powieść opowiada o wyniszczającej sile pożądania Nataszy wobec chłopca Aloszy. Natasza w sposób destrukcyjny kocha i nie panuje nad tym, może się tylko przyglądać, jak prowadzi to do rozbicia jej rodziny, cierpienia najbliższych jej ludzi. Zaczęłam myśleć o Aloszy jako o męskiej wersji Lolity. Depresyjny i piękny, pełen czaru mężczyzna-dziecko budzi zachwyt graniczący z szaleństwem, ale sam nie jest w stanie odczuwać satysfakcji i szczęścia. To jest ukryty pod pozorem głupoty i lekkomyślności potencjał tej postaci, który wnosi w melodramat znamiona tragedii. W spektaklu zastanawiamy się, czy mamy tu do czynienia z prawdziwym cierpieniem, czy z fantazjami na jego temat. Ostatnie zdanie tej powieści podaje przecież w wątpliwość wszystko (poza śmiercią Nelly). Natasza mówi Wani, że "to wszystko było snem".

Czemu więc zatytułowałaś spektakl "Nelly", a nie na przykład "Natasza", skoro wybierasz perspektywę udręczonej z miłości kobiety?

– Dziewczynka o imieniu Nelly to jedyna prawdziwa i niewinna ofiara w grze wyobrażeń i fantazji. Wania ratuje ją przed gwałtem, bierze z ulicy do siebie, opiekują się sobą. Poznaje historię jej matki, która jest prawie identyczna z historią Nataszy, tylko skończyła się już – tragicznie. Namawia Nelly, żeby opowiedziała to publicznie, mimo ostrzeżeń lekarza, który mówi mu, że Nelly jest chora na serce i że duży wysiłek emocjonalny może ją kosztować życie. Wania ryzykuje tylko po to, żeby wzruszył się jakiś stary człowiek, żeby ojciec przebaczył Nataszy. Ta machinacja, szantaż psychiczno-emocjonalny, jest kluczowa dla mojej interpretacji. Przecież przemoc to nie tylko gra, w której jedna kula bilardowa uderza o drugą. Zło ma postać z pozoru niewielkich wykroczeń. Jest realne.

"Nelly" to już twoja druga praca nad Dostojewskim. Półtora roku temu przygotowałaś z Piotrem Głowackim "Wieczór autorski Stawrogina".

– To doświadczenie przydało się przy kostruowaniu postaci Księcia. To w końcu jakiś wczesny wariant Stawrogina, człowieka, który bawi się ludźmi i sobą, ,jak kot myszą". Tylko że u Stawrogina nie jest to czysta zabawa, ale sprawdzanie, czym jest wolna wola – perła chrześcijaństwa. W czynieniu zła i czynieniu dobra.

Kto jest w końcu w tej powieści naprawdę "skrzywdzony i poniżony"?

– Są krzywdy Aloszy, Nataszy, Wanii, ale ich poczucie krzywdy i sprawiedliwości jest irracjonalne. Dostojewski mówi: "Czasami człowiek czuje się nieszczęśliwy i skrzywdzony, choć w rzeczywistości nie było żadnej krzywdy, żadnego nieszczęścia". Iluzja cierpienia odrywa od rzeczywistości. Jeśli wszystko było w tej opowieści snem to jedyną osobą, która naprawdę została skrzywdziona, jest Nelly. Jak w żartach o teatrze: mamy wielki finał, wszyscy wychodzą do braw, a tylko jedna aktorka nie podnosi z podłogi.Gide pisał, że czytając Dostojewskiego, trzeba zachowywać metafizyczną czujność. Pod konstelacją psychologiczną zawsze istnieje pytanie o Boga. A jeśli centrum jego świata jest dziecko, które umiera, to Boga nie ma. Kiedy chodziłam po Petersburgu tropami Dostojewskiego, dowiedziałam się, że zawsze tak wybierał mieszkania, żeby mieć widok na cerkiew. Człowiek, który wierzy bezgranicznie, nie musi mieć stale obok siebie symbolu wiary, znaku boskiej obecności na ziemi. On musiał prawdopodobnie spoglądać na cerkiewne kopuły za każdym razem, gdy podnosił głowę znad rękopisu. W jego powieściach wiara jest czymś realnym, jest darem, którym obdarzeni są często ludzie niegodni… Dostojewski testuje jej trwałość, jakby robił próbę złota. Czasem zostaje tylko popiół.

I znowu mówisz o teście, eksperymencie. Badasz pułapki narracji, sprawdzasz działanie czasu na scenie. Postrzegasz teatr jako salę laboratoryjną?

– Chęć zdobycia wiedzy jest najbardziej twórcza w teatrze. Najmniej twórczy jest człowiek, który już wie. Razem z aktorami sprawdzamy tym razem, czym jest oderwanie od rzeczywistości, czy może prowadzić do krzywdzenia innych ludzi. To jest nasza wspólna sprawa w "Nelly". Próbujemy zrobić wszytko, żeby była to także sprawa widzów. Nie chodzi mi o teatr intelektualny. To się przecież nigdy nie sprawdza w praktyce. Teatr oparty jest zawsze na wrażliwości, dopiero potem jest myśl.

Zdobycie wiedzy poprzez sztukę jest chyba zawsze tylko środkiem do celu. A co jest celem? Po co zajmujesz się właśnie teatrem?

– Mój cel to walka o godność. Niech to zabrzmi bez patosu, zwyczajnie, półprywatnie. Przecież także celem Dostojewskiego była walka o wiarę w człowieka. Niezależnie od kwestii, czy Bóg jest, czy już ostatecznie upadł, on zawsze wierzył w ludzi. Nawet Stawrogin był próbą stworzenia kogoś maksymalnie złego, łajdaka, ale jednak człowieka. Teatr to szansa na nieodpuszczanie życiu i światu. To taki ogródek, który pielęgnuje się mimo wszystko. Choćby nie wiem jak było na próbach ciężko albo pięknie, następnego dnia czasem nie ma śladu po wczorajszym bólu czy zachwycie. Jednak to, co mnie trzyma przy teatrze najmocniej, to chęć doświadczania. Ja chcę zobaczyć spektakl, nad którym pracuję.

 

"Z widokiem na cerkiew"

Łukasz Drewniak

Dziennik nr 232 – dodatek Kultura

3 października 2008