Ten spektakl udowadnia, że Bonda można w teatrze obśmiać i zdemitologizować, nie zabijając.

Agenci z licencją na zabijanie chodzą parami. Onegdaj na festiwalu w Edynburgu widziałem obok siebie dwie teatralne wersje przygód Jamesa Bonda. Pierwsza oddawała wiernie konstrukcję filmowej serii, był żeński balet w piosence na otwarcie, zabójczo przystojny anglosaski aktor, zakochane w Bondzie kobiety, Q i jego gadżety śmierci, demoniczny przeciwnik. Był to Bond traktowany śmiertelnie poważnie – z wiarą w charyzmę i misję bohatera, z nadzieją, że teatr potrafi naśladować kino. Druga edynburska próba wykorzystania Bonda dryfowała w stronę pastiszu. Nie minęło nawet 10 lat od tamtych festiwalowych doświadczeń, a tu Dolny Śląsk serwuje polskiemu teatrowi podobną terapię.

Najpierw Wiktor Rubin przygotował w Wałbrzychu nieznany epizod z bondowskiej serii pod tytułem "Świnie nie widzą gwiazd". Teraz we wrocławskim Capitolu Konrad Imiela robi montaż piosenek z Bondów – "Ścigając zło".

Zanim dojadę na Imielę – mój Aston Martin już grzeje silnik pod blokiem, bilet i odbezpieczony pistolet Walter w kieszeni -przypominam sobie spektakl Rubina. Zły człowiek, zły człowiek z tego reżysera. Dlaczego chciał unicestwić najbardziej męskiego z koncesjonowanych zabójców? W czym mu przeszkadzał zimno-wojenny macho? Rubin działał metodycznie – najpierw ze swoją dramaturżką Jolantą Janiczak obejrzał wszystkie filmy z agentem 007, rozmontował na czynniki pierwsze strukturę narracyjna serii, a potem precyzyjnie uderzył w ten męski mit.

Rozmontowuje w swoim spektaklu machinę szowinistycznej indoktrynacji. Scena w Wałbrzychu została wyłożona dywanami, są ekrany telewizorów z gazetowymi newsami o najsłynniejszych arabskich terrorystach – bo ostatnia misja Bonda to walka z dżihadem. Tylko kto w tej wojnie jest naprawdę zły? Grani przez Dominika Strokę i Rafała Koseckiego bojownicy islamu, czy strażnik konserwatywnego porządku, 007?

Rubin pyta, dlaczego taki mężczyzna jak Bond musi zawsze triumfować w finale, czemu zdobywa tyle kobiet, czemu zabija rywali, w jakim sensie jest władcą świata? W tym spektaklu nie wierzy się głównemu bohaterowi. Dzieli się jego postać na dwie. Jest Bond i jest jego język. A może gadający Penis. Ktoś, kto usiłuje mu dorównać, zastąpić go, żyć własnym życiem, opowiedzieć tę historię inaczej. Mężczyzna w smokingu i nagi stwór w kombinezonie z ligniny nieustannie wpadają na siebie. Każdy bierze kobietę inaczej, każdy postrzega galopującą akcję po swojemu. Supermacho i jego pełen wątpliwości sobowtór zakleszczeni w dziwnej miłosno-nienawistnej relacji sprawiają, że mit Bonda obraca się przeciwko niemu samemu.

Rubin pozbawia widzów iluzji, że to historia o triumfie dobra. Ale i tak najważniejsze są tu kobiety. Leila mścicielka, filmowa Super-laska, która zabije Bonda i rozpocznie nową erę bez bohatera rasisty i seksisty.

Kapitalnie wybrnęła z tego karkołomnego aktorskiego zadania Mirosława Żak. Jest przerysowana, seksapil wyłazi z niej jakby mimochodem między dłubaniem w nosie a opowieściami o płynach ustrojowych. Liryczną wersję instrumentalnie traktowanej sekretarki Moneypenny tworzy Ewelina Żak. Irena Wójcik jest zagadkową szefową MI6, Agnieszka Kwietniewska szarżuje jako nieletnia, rozerotyzowana terrorystka. Bond Mariusza Zaniewskiego wydaje się zgubiony. Atuty jego bohatera obracają się przeciwko niemu samemu. Aparycja, broń, elegancja, szybkie riposty nic nie znaczą w zderzeniu z zemstą kobiet.

Zarzuty do roboty Rubina mam tylko trzy. Pierwszy: jego Bond niepotrzebnie sięga po chwyty rodem z wrocławskiej "Szajby" Jana Klaty, naśladuje wulgarne logoreje i ekstremalne filipiki ze spektakli Strzępki i Demirskiego. Cytowanie Bondów i pastiszowanie kolegów reżyserów to trochę za dużo na jeden wieczór. Zarzut drugi: Za dużo gada Bond, za mało słychać sam język. Zarzut trzeci: niepotrzebnie Adam Wolańczyk jako wiekowy Q wchodzi w sentymentalną opowieść o swojej aktorskiej przeszłości. Widownia nie wie wtedy, co robić.

Ale najważniejsze, że to wyrazisty głos na temat wizerunku Bonda. Dla jego fanów ten spektakl jest jak zimny prysznic. Cieszy mnie demaskatorska pasja twórców przedstawienia.

"Licencja na remasterowanie"
Łukasz Drewniak
Dziennik Gazeta Prawna nr 29/dodatek Kultura
11-02-2011