Kolejna odważna premiera na deskach Teatru Szaniawskiego

 

Ksiądz upada (nie) po raz pierwszy

Od co najmniej trzech premier wałbrzyski teatr jest jak dziennik telewizyjny. Odbija wszystko to, czym żyją media i czym chociaż w części interesuje się społeczeństwo. Tak jak w przypadku "Ja jestem Zmartwychwstaniem" wychodzi jednak na to, że im trudniej, tym lepiej. Na scenie oczywiście.

 

Premiera to w teatrze święto. W piątek było to święto podwójne. Po ciężkiej, trwającej 9 miesięcy budowie uruchomiono Scenę Kameralną. Da to oddech i teatrowi, który już od dawna nie mieścił się na jednej scenie, i widzom, który mogą oglądać teraz małe formy w przyzwoitych warunkach. Wstęga przecięta, budynek poświęcony, pierwsza premiera za nami.

Niby Wałbrzych

Na debiut wybrano propozycję jednego z najbardziej konsekwentnych twórców polskiego teatru i filmu, Przemysława Wojcieszka. Pierwotnie miała to być opowieść o dwóch górnikach, którzy za otrzymane odprawy jadą otworzyć biznes nad morze ("Jesteś mój, grubasku"), do premiery jednak nie doszło. Pod szyldem Wojcieszek 5 mamy za to spektakl "ja jestem Zmartwychwstaniem", którego reżyserii tradycyjnie podjął się sam autor. Dołączył tym samym do grona świetnych twórców od lat związanych z Szaniawskim (że wymienić tylko Klatę, Kleczewską, Tyszkiewicza).

To kolejny, trzeci po "Kopalni" i "Był sobie Polak Polak Polak i diabeł" tekst napisany dla wałbrzyskiego teatru. Być może już wkrótce powstanie z nich książka, w której skonfrontować będzie można obraz miasta z jego wyobrażeniem młodych, polskich dramaturgów. Akcja "ja jestem Zmartwychwstaniem" osadzona jest w Wałbrzychu i choć nie ma się co obrażać na taką decyzję autora, to moim zdaniem, to taki kwiatek do kożucha. Opisywana historia jest po prostu tak uniwersalna, że zdarzyć się mogła wszędzie. W usta bohaterów włożono kilka nazw geograficznych i obowiązkowych sloganów o tym jak syfiastym miastem jest Wałbrzych. Ot i cały wałbrzyski kontekst. Mało przekonywujące

Renegat w łonie kościoła

Znacznie lepiej jest z całą resztą. Spektakl, jak na warunki, w których jest pokazywany przystało, to triumf minimalizmu. Osiem osób w obsadzie, tylko jedna aktorka gościnna (Irmina Babińska). Scenografia autorstwa Małgorzaty Bulandy to zaledwie kilka sprzętów: szafa, stolik, prysznic. Kameralna muzyka Bartosza Straburzyńskiego nie licząc scen w dyskotece, najczęściej pojawia się w zaciemnieniach. Sama scena to niewielki podest przedzielający rzędy publiczności, przedstawianą historię możemy poczuć na własnej skórze.

Fabuła już wcześniej nie stanowiła dla nikogo tajemnicy, dlatego ci, którzy chcą pójść obejrzeć sztukę, mogą spokojnie czytać dalej. Wiesiek (w tej roli Andrzej Szubki) to ksiądz, który zrzucił sutannę. Nie chce żyć w obłudzie, jednak gest odwagi na który się zdobył zaczyna go przytłaczać. "Przecież ty nic nie umiesz" słyszy wszędzie. Nie umie pracować, nie umie radzić sobie z dziewczyną, nie ma pieniędzy, nie ma pomysłu na swoje dalsze życie. Ksiądz upada po raz pierwszy. Mimo tego chce żyć, chce być wolny. Jest trudniej niż myślał. Pije, wdaje się w bójki, słyszy, że jest szmatą. Ksiądz upada po raz drugi.. Matka wyrzuca mu, że zawsze była temu przeciwna, traci wiarę; cynizm kościelnego przełożonego go dobija. Ksiądz upada po raz trzeci. W dramatycznej scenie w barze, klęczy i mamrocze słowa modlitwy. Potem wstaje, pyta i odpowiada barmanowi "Czy to pomaga? To nigdy nie pomaga, bo to tylko słowa". Ksiądz upada po raz czwarty… Nadzieją jest nie tylko symboliczny prysznic, którym obmywa się po każdym z upadków. Powoli zaczyna dostrzegać, że jego słabości są słabościami innych świeckich. Jego dążenie do wolności jest powszechne, tylko że jako kościelny renegat ma do przebycia znacznie dłuższą drogę niż lakiernik czy dziwka. Jednak na I końcu… (na to już jednak zapraszam do teatru)

Warto podkreślić to, że spektakl nie jest obrazoburczy. Są mocne słowa i sceny, jednak zawiodą się miłośnicy obrania liturgii. To opowieść o walce człowieka, a to że akurat jest księdzem tylko wzmacnia przekaz. W końcu każdy z nas szuka swojego zmartwychwstania.

Michał Wyszkowski

Nowe Wiadomości Wałbrzyskie

30 kwietnia 2007