Jan Klata

Stare pytania – nowa rzeczywistość

Rozmowa z Janem Klatą, reżyserem spektaklu “…córka Fizdejki wg Witkacego”

Ryszard Klimczak: “Janulka córka Fizdejki”, to bardzo przewrotny dramat Witkacego, trudny niezwykle i przez to chyba rzadko goszczący na polskich scenach. Co spowodowało, że zainteresował się Pan tym tekstem?

Jan Klata: Jest to taki tekst, który posiada w sobie jakąś potęgę, formalną swobodę, dezynwolturę nawet i w fantastyczny sposób opowiada z perspektywy historii o naszych czasach, ostatnich czasach, o takich czasach, w których się historia kończyła albo też gdzie jest prowadzonych szereg historii równoległych, alternatywnych, gdzie pierwszy świat żyje swoją historią, a trzeci świat swoją historią. My jesteśmy pomiędzy tym Pierwszym Światem wysokiej kultury, cywilizacji – neokrzyżackiej a Trzecim Światem. My jesteśmy w związku z tym czymś na kształt zbydlęconej Litwy. Tam się właśnie dzieje akcja Witkacego i ja sobie pomyślałem, że to jest o nas, że to w jakiś sposób odnosi się do Europy, która do nas wkracza, i że też my mamy z dumnie podniesionym czołem wkroczyć do Europy, do cywilizacji neokrzyżackiej właśnie. To jest opowieść o szaleństwie historii, której się nie da ominąć, której się nie da zapomnieć. O trupach w szafie. Kluczowe pytanie, kim są Potwory u Witkacego, kto to jest Naczelnik Seansów der Zipfel, wyciągający historyczne zmory, które wciąż jeszcze sieją spustoszenie i przerażenie.

Jakie konotacje z dzisiejszym światem, z dzisiejsza rzeczywistością chciał nam pan pokazać?

Myślę, że to w spektaklu widać. To trochę teoretyczna opowieść, a ja chciałbym tego uniknąć, bo kiedy coś się za bardzo ubiera w słowa, traci się pewne niuanse, których jest tutaj dużo. Mam wrażenie, że to nie jest spektakl prostacko polityczny, czy prostacko społeczny, czy też w nachalny sposób zaangażowany. To jest spektakl, który usiłuje skonfrontować nas z rzeczywistością, zawiera pewną wizję rzeczywistości. Jest tak naprawdę bardzo pesymistyczny ale zgodny z tym, co Witkacy myślał sobie na temat społeczeństwa, naszych losów indywidualnych w obliczu takiego wiru historii.

Wałbrzych jest specyficznym miejscem w Polsce w tej chwili. Może nie wyjątkowym, ale dosyć specyficznym. Czy nie obawiał się pan konfrontacji z wałbrzyskim widzem?

Ja nie bałem się konfrontacji z wałbrzyskim widzem, ponieważ już się z nim konfrontowałem w “Rewizorze”, więc wiem, jaki jest wałbrzyski widz. Proszę pamiętać, że staram się być na każdym spektaklu.

“Rewizor” jednak ma zdecydowanie inny charakter niż dzisiejsza sztuka.

Tak, ale widz ma ten sam charakter ciągle. Myśląc o tym, jaki spektakl tutaj zrealizować (a długo o tym myślałem), brałem pod uwagę to, że widz jest tutaj inny niż we Wrocławiu, Gdańsku, czy Poznaniu, to jest naturalne. Ale np. w Warszawie chyba ten tekst nie byłby dobry. Myślę, że Warszawa ma bliżej do neokrzyżackości, niż Wałbrzych. A to jest pocztówka z krainy naznaczonej bardzo boleśnie historią, bo Dolny Śląsk w ogóle jest bardzo wrażliwy na wszystkie te neokrzyżackie odniesienia. Wrocław jest stąd kilkadziesiąt kilometrów raptem, a te ziemie naznaczone są szczególnym piętnem, dlatego warto o tym “porozmawiać”. Mam wrażenie, że nie zrobiliśmy spektaklu tylko i wyłącznie dla krytyków odwracając się plecami od wałbrzyskiego widza, ponieważ myślę, że jest to spektakl, który da się oglądać. Jest on i straszny – owszem, ale i śmieszny. Widz wałbrzyski chyba nie będzie się nudził na takim Witkacym, ani nie będzie miał kłopotów z domyśleniem się, co to jest za świat i jak go uporządkować.

Na czym polega ciekawostka doboru statystów?

Myślę, że to nie jest ciekawostka, to jest podstawa tego spektaklu, bo ci bojarzy są niezwykle istotni u Witkacego i kiedy przekładaliśmy go na naszą rzeczywistość pomyślałem sobie, że bojarzy też są bardzo ważni w naszym myśleniu o spektaklu. Przecież Wałbrzych jest pełen takich bojarów, z torbami na zakupy z supermarketów Alberta, czy z Żabki, czy skądinąd. My wszyscy jesteśmy trochę takimi bojarami niezależnie od tego, czy mamy wąsy czy nie, tacy bojarzy w nas gdzieś tkwią. Pomyślałem sobie, że to jest opowieść o nas, o tym jacy jesteśmy my – Polacy. Stąd też taki, a nie inny dobór ludzi.
W “Rewizorze” przecież byli również tacy normalni ludzie. Mam taki niepokój związany z aktorem. Nie bardzo lubię aktorów, którzy kiedy wychodzą na ulicę, to ich rozpoznaję w tłumie, że to jest aktor. Jest bardzo dużo takich aktorów w Warszawie, czy gdzieś indziej.

W Wałbrzychu mniej? Bo są mniej medialni?

W Wałbrzychu mniej. Ale to nawet nie chodzi o to, w jaki sposób są rozpoznawalni, tylko w jaki sposób się noszą, jak się zachowują. Mam głód takich zupełnie normalnych ludzi na scenie. Bo oni inaczej na scenie funkcjonują i zmuszają do dużo bardziej naturalnego funkcjonowania – aktorów. W związku z tym inaczej wygląda rzeczywistość sceniczna. Dlatego absolutnie nie uważam, że ci bojarzy są na scenie tłem. Są prawie cały czas obecni na scenie, mają bardzo trudne zadania aktorskie. Mają też bardzo trudne zadania fizyczne i psychiczne do wykonania, a pracowało się z nimi wspaniale. Dlatego jest to bardzo ważny element tego spektaklu. Pozwalam sobie nawet powiedzieć, że bez nich tego spektaklu by nie było, bo wtedy nie byłoby zupełnie układu odniesienia.

Są w tym spektaklu odniesienia np. do “Krzyżaków”?

Są tam odniesienia do “Krzyżaków”. Cały tekst sztuki, to jest polemika z romantyczną wizją historii, a tak się składa, że od czasów Witkacego to jest od roku 1923, ta romantyczna wizja historii wcale z nas nie wywietrzała. Myślę o “Krzyżakach” Sienkiewicza, myślę o “Krzyżakach” Aleksandra Forda. Oni hołdują takiej właśnie matejkowej romantycznej wizji naszych dziejów, ku pokrzepieniu serc – walka z teutońska nawałą w tym megapiastowskim Wałbrzychu, w megapiastowskim Wrocławiu i megapiastowskim Szczecinie, to jest taki rodzaj ich historii, który polega na konfrontacji “mega”. Tym przez długie lata nawet się i pop kultura żywiła, przecież na “Krzyżaków” Aleksandra Forda poszły miliony Polaków. W każdym razie jest to taki rodzaj opowiadania i może dekonstrukcji narodowej, romantycznej wizji kultury, starcia z teutońska nawałą, z Krzyżakami, którzy noszą białe płaszcze z krzyżami, które widzimy już trochę jako swastyki. Jest to także opowieść o tym, jak się wykorzystuje historię doraźnie, do kształtowania opinii publicznej i jak to się ma do rzeczywistości. Jak to jest z tymi neokrzyżakami i prawdziwymi Krzyżakami? Czy oni tworzyli jakąś totalitarna organizację, czy czasem nie było tak, że oni przynieśli tutaj jakąś kulturę?

Świetnie zrozumiał pana intencje Wiesław Cichy, który grał rolę Fizdejki. Czy współpracujecie z sobą już od dawna?

Wcześniej Wiesław Cichy zagrał fantastycznie Horodniczego w “Rewizorze”. Natomiast pierwszy raz współpracowałem z Hubertem Zduniakiem , który grał Wielkiego Mistrza neokrzyżaków i jest to dla mnie rewelacyjna współpraca. Prawie debiutant, a zrobił to znakomicie. Jest jeszcze Der Zipfel – Naczelnik Seansów. Są to trzy filary, na których jest oparty ten spektakl.

To jest spektakl kontrowersyjny. Pan jest znany ze spektakli kontrowersyjnych. Podoba mi się to w pańskiej pracy, że szokuje pan do granic przyzwoitości. Kiedy to, co chce pan przekazać staje się prawie jasne, wtedy pan się zatrzymuje. Czy jest pan reżyserem wstrzemięźliwym?

Myślę, że człowiek się tego uczy. To jest mój właściwie czwarty i pół spektakl. Pierwszy debiutancki, warsztatowy “Uśmiech grejpruta”, potem był “Rewizor” tutaj w Wałbrzychu, potem “Lochy Watykanu” we Wrocławiu, w lecie był “H.” według “Hamleta” w Teatrze Wybrzeże. Od początku oczywiste dla mnie było jedno, że ja nie robię spektakli po to, żeby kogokolwiek obrażać, bo obrażanie kogokolwiek, bycie kontrowersyjnym to nie jest wartość sama w sobie. Jestem o tym przekonany jako dramaturg i jako reżyser. Skandal nie jest żadna wartością, o czym niektórzy twórcy zapominają. To zawsze ma czemuś służyć. Wzorując się na moim mistrzu Witkacym, którego po raz pierwszy realizuję, mam wrażenie, że jest tu jakaś misja, w której stosuje się różne środki, żeby ją wypełnić. Nie tylko po to, żeby przyciągnąć widza do teatru, bo to także nie byłaby jakaś wielka wartość. Natomiast po to, żeby w jasnym, niespotykanym wcześniej świetle postawić sobie stare pytania wobec nowej rzeczywistość i dlatego, że takie jest, według mnie, zadanie teatru.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?

Będę pilotował jeszcze dwa lub trzy spektakle “…córki Fizdejki”, później w planach mam święta, a od połowy stycznia we Wrocławiu w Teatrze Współczesnym będę realizował adaptację “Nakręcanej pomarańczy”. Jest fantastyczne tłumaczenie Roberta Stillera. “Nakręcona pomarańcza” to jest duże wyzwanie, to pytanie, co zrobić z przemocą w teatrze. Mówię o strategiach pokazywania czegoś, czego tak naprawdę się nie da pokazać. Następnie przenoszę się do Gdańska do Teatru Wybrzeże, gdzie będziemy robić spektakl pt. “Fantasy” według “Fantazego”. A później Stary Teatr.

Bardzo uprzejmie dziękuję za rozmowę.

Jan Klata, reżyser i dramatopisarz. Urodził się w 1973 r. Realizacje: “Rewizor” Mikołaja Gogola w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu (30 marca 2003), “Uśmiech grejpruta” Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu (6 kwietnia 2003), “Lochy Watykanu” wg Andre Gide’a w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu (9 stycznia 2004), “H.” wg “Hamleta” Shakespeare’a w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (2 lipca 2004), “…córka Fizdejki” wg Witkacego w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu (18 grudnia 2004)

Jan Klata jest laureatem nagrody za reżyserię na III Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy (2004) oraz głównej nagrody “Złotego szlabanu” za “Rewizora” na XV Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym "Bez Granic" w Cieszynie (2004). Nominowany do “Paszportów Polityki” za 2003 i 2004.

Rozmawiał Ryszard Klimczok

Dziennik Teatralny

29 grudnia 2004