Premiera na 40. urodziny Teatru Dramatycznego

Jan Klata jak rasowy teatralny mag dał widzom show: ekscytująco oświetlony, zasnuty dymami, pełen wyrazistych postaci i błyskotliwych gagów

To klipowa, błyskawicznie tasowana na scenie historia obrazkowa. O władcy, którego poraża alkohol w tym samym stopniu, co brak kultury współziomków. O Janulce, jego córce, która wprost eksploduje zmysłowością. O biznesmenie, którego dzikość życia we współczesnej Polsce i nadmierna seksualność doprowadzają do samobójstwa.

Osobowości ekstremalne wymagają ekstremalnej oprawy scenograficznej. Klata teleportował migawki i strzępy postaci z Witkacego do epoki wideoklipów. Jego wielki mistrz wwozi w walizach cywilizację, jakby miał otworzyć w Wałbrzychu specjalną strefę ekonomiczną. Tasuje przed oczami widzów karty z logo wielkich niemieckich koncernów na zmianę z autoportretem Dürera. Dwór mistrza to młodzi biznesmeni w świetnie skrojonych garniturach. Mechanicznie poruszają ciałami – żywe reklamy lakieru do włosów, waliz, zegarków. Fantastycznych bojarów Witkacego Klata zmienił w rodzimych bezdomnych z reklamówkami w dłoni – to ich broń sieczna i zarazem ciężar przykuwający do ziemi. Podjudzeni do walki o władzę bezdomni naparzają się po głowach foliowymi torbami. To ich cały dobytek. Może i nasz – słychać nad sceną chichot Witkacego.

Takich smaczków, cytatów, zabaw z obrazami polskiej kultury można w "Córce Fizdejki" znaleźć dziesiątki. Wąsaty niczym Wałęsa Kniaź Wiesława Cichego cwałuje po scenie, odgrywając iście montypythonowski skecz-skrót historii Polski. Bywają w tej pantomimie motywy okrutne – w "Rejtanie" bezdomny wciela się w postać Ponińskiego. Bywają groteskowe – falując ramionami jak ptak, kniaź Gienek wśród leżących pokotem ciał wypowiada znamienne słowa: "Orzeł wylądował".

Intryguje lawa obrazów Klaty/Kaczmarka w strumieniach rozszalałych reflektorów i w głośnej, agresywnej muzyce zniekształcającej Chopina równie łatwo jak "Je t’aime" Gainsbourga czy refren grupy Rammstein. Intrygują postaci. Powiatowy władca w sugestywnej interpretacji Cichego. Pełen mechanicznych grymasów Gottfried Huberta Zduniaka, czarujący w Gombrowiczowskim pojedynku na śmiechy polityków-cyników. Harrypotterowy Der Zipfel Andrzeja Szubskiego – mag totalitaryzmu, któremu ulegają wszyscy bohaterowie. Ściskająca za gardło pantomima upiorów z obozu koncentracyjnego – absurdalni pożeracze chipsów, a zarazem demony przeszłości szarpiące chrupotem szczęk mózgi widzów (Ryszard Węgrzyn i kapitalny Włodzimierz Wróbel).

Bawi leciutko metafizyczny finał na wałbrzyskim lotnisku (którego przecież nie ma), gdy głosy z megafonów komentują zapadanie w polityczną nicość zdesperowanych postaci. Klata ma świetne poczucie humoru.

W pięknej scenie otwierającej spektakl na tle matejkowskiej "Bitwy pod Grunwaldem" Gienek przemyka z flaszą wódy pomiędzy ciałami jak przez Victoria Station nad bezdomnymi z Polski. W finale bezdomni wychodzą na proscenium w kostiumach więźniów KZ-Lager. Więc raczej Orwell niż Witkacy. W tym niezwykle dynamicznym show reżyser odziera nas ze złudzeń. Jest przy tym zdumiewająco wierny autorowi "Janulki". Jeśli nie ma religii, osobowości, władzy – powiada – pozostają frazesy, skorupy, stereotypy.

W sobotę Klata i jego aktorzy usłyszeli owacje.

"Córka Fizdejki" wg Witkacego w reż. Jana Klaty. Premiera 18 grudnia w wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym

Leszek Pułka

Gazeta Wyborcza Wrocław

20 grudnia 2004