Stworzona przez Wojtka Klemma wałbrzyska inscenizacja „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego to spektakl ciekawy pod względem artystycznym, ale też wyposażony w silną dawkę publicystyki. Akcja przedstawienia rozgrywa się na wysypisku, którego główne komponenty stanowią kawałki cieniutkiej folii. Jako że działania aktorskie przybierają w dużej mierze formę taneczną, zwiewność foliowych śmieci dobrze komponuje z lekkością poruszających się pośród nich aktorów, ubranych w białe kostiumy. Kostiumy wykonawców mają charakter roboczych ubrań, strojów odpowiednich do scenicznego laboratorium. Nie są jednak nazbyt zuniformizowane. Kostiumografka (Julia Kornacka) zadbała o ich zróżnicowanie i dostosowanie do poszczególnych wykonawców.

Z foliowego wysypiska wyłaniają się schody donikąd, wyraźnie kojarzące się z zaprojektowanym przez Jerzego Kalinę pomnikiem smoleńskim. Ich znaczenie podkreślone zostało przez dodany do tekstu fragment o kapłanach, którzy na szczycie piramidy wyrywają ludzkie serca, aby składać je domagającemu się krwawych ofiar słońcu. To odwołanie do przerażających praktyk Azteków, wzmocnione plastycznym podobieństwem samolotowego trapu i mezoamerykańskiej piramidy, ma zapewne na celu wydobycie toksycznego wymiaru tego, co niektórzy nazywają „smoleńską religią”.

W podświetlonej wnęce schodów umieszczono siedmioramienny świecznik, zapowiadając w ten sposób, że w przedstawieniu pojawi się wątek żydowski. Z przodu sceny postawiono mikrofon, który służyć będzie do wypowiadania wybranych kwestii (zabieg ten nie tylko pozwala na podkreślenie wybranych znaczeń, ale też poszerza fonosferę tego przedstawienia). Komponująca przestrzeń scenografka (Karolina Mazur) zawiesiła w głębi wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, a z lewej strony podobiznę Tadeusza Kościuszki. Obydwa te obrazy to podjęcie gry z utworem Wyspiańskiego. Ikona w trakcie spektaklu żałośnie się przechyli, a konterfekt naczelnika insurekcji, już na wstępie wiszący do góry nogami, w odpowiednim momencie upadnie.

Przedstawienie grane bez żadnej przerwy złożone jest właściwie z trzech części. Na samym początku oglądamy sekwencję taneczną, niezwykle zresztą efektowną. Przy wyraziście zrytmizowanej muzyce (Rafał Stachowiak) aktorzy poruszają się z niezwykłą płynnością. Sztuczność tego tańca bezkolizyjnie komponuje się z organicznością ciał. Zbiorowe łączy się z indywidualnym. Dobrze dobrany rytm i tempo w połączeniu z warsztatem aktorów (w spektaklu obok artystów wałbrzyskich gościnnie występują aktorzy teatru tańca) owocuje ruchem sprawiającym wrażenie niewymuszonej naturalności. Choreografia (Anna Krysiak) wydaje się jednym z największych atutów tego przedstawienia.

Druga część spektaklu to przede wszystkim wymieszane i poszatkowane cytaty z „Wesela”. Tomasz Cymerman, który wspierał reżysera jako dramaturg, rozbił tekst Wyspiańskiego na mniejsze bądź większe moduły i ułożył z tego dość swobodną kompozycję. Pod względem formalnym zabieg jest z pewnością udany. Konstrukcja „Wesela” (szczególnie pierwszego aktu) rzeczywiście pozwala na śmiałe zabiegi adaptatorskie, a obecność w naszej pamięci wielu cytatów z Wyspiańskiego sprawia, że owe „skrzydlate słowa” krążą między aktorami, układając się w nowe znaczenia, tak jak odmieniający kształty klucz lecących ptaków.

Twórcom spektaklu bez wątpienia zależało na poruszeniu widzów. I to na różne sposoby. Tak jak efektowna choreografia oczarowuje, tak zaśpiewana przez wykonawców „Lipka” wywołuje iście liryczne wzruszenie. Nic w tym dziwnego, skoro ludowa piosenka przywołuje niespełnioną miłość dziewczyny, której „za starego każą iść”. Użycie rzewnego utworu w charakterze pieśni weselnej jest pomysłem niepozbawionym sensu. Kontrastując z odbywającym się właśnie rytuałem zaślubin, ukazuje poważne pęknięcie rzeczywistości.

Oddziaływanie na emocje służy z kolei wprowadzeniu warstwy publicystycznej, poprzez którą reżyser chce przekazać swoje przekonania widzom. Dobrze widać to w scenie z księżą „pelerynką”. Aktor grający Księdza nakłada sobie na ramiona foliową imitację mantoletu, a następnie, przywoławszy do siebie państwa młodych, zmusza ich, aby na klęczkach całowali tę atrapę kościelnego stroju i księżowskie ręce. Potem, stanąwszy za nimi, zaczyna wodzić dłońmi najpierw po ich głowach, aby szybko jednak zająć się pożądliwym obmacywaniem ich ramion.

Podbito również znaczenie fragmentów, w których pojawiają się Żyd i Rachela. Przy ich przybyciu na scenę wypowiadane są nacechowane pejoratywnie określenia: „Żyd-ek”, „Żyd-ka”, „Żyd-ki”. Aktorzy z ironią zaczynają śpiewać „Hava nagila”. Przerywają pieśń, aby wśród podśmiechiwania wytłumaczyć, że to tylko żarcik. Ale w ich przeprosinach jest oczywiście kolejna zniewaga.

Pewnego rodzaju przełamanie w spektaklu stanowi pojawienie się na scenie Chochoła. Grający go aktor wydobywa z wysypiska biały kombinezon z kapturem, wypchany rozmaitymi śmieciami i zaopatrzony w trzy mieniące się w dyskotekowych barwach lampki. Wprowadzenie na scenę tej postaci nie zaowocuje jednak przetoczeniem się przed naszymi oczami korowodu duchów ukazujących się kolejnym postaciom. Wszak sami uczestnicy tego wesela są rodzajem zjaw, mających podtykać nam przed oczy zwierciadła. Pendent do wkroczenia Chochoła stanowić będzie pojawienie się Wernyhory, granego w tym spektaklu przez aktorkę. Ubrana w ludowy strój pojawi się z miotłą niczym czarownica.

I właśnie od przybycia Wernyhory zaczyna się ostatnia część spektaklu, poświęcona zagadnieniu nieudanej misji i ostatecznej klęski. Cała ta sekwencja oparta została o zupełnie odmienny stosunek do tekstu Wyspiańskiego. Najwyraźniej właśnie te fragmenty pasowały twórcom. To poprzez nie najłatwiej przyszło im się wypowiedzieć.

Znamienną odmianą w plastyce przedstawienia jest zmiana kostiumów. Weselnicy, niezależnie od płci, pojawiają się w kobiecych strojach ludowych, pochodzących zresztą z różnych regionów etnograficznych. Z wizerunkiem Wernyhory łączy ich i to, że w rękach trzymają miotły, zastępujące w tym spektaklu kosy. Sięgnięcie akurat po to narzędzie to wybór nieprzypadkowy. Spektakl ukazuje nas jako pogrążonych w upiornym tańcu wśród śmieci, których posprzątać się nie da. Nie bez powodu na bocznej ścianie schodów ktoś namazał sprayem użyte w Weselu francuskie powiedzenie: APRES NOUS, LE DELUGE. Po nas – potop.

Pod względem artystycznym przedstawienie uważam za więcej niż interesujące. Oczywiście pomysł Klemma, aby „Wesele” ukazać w formie teatru tańca, nie jest zupełnie odosobniony. Niedawno mieliśmy okazję oglądać „Wesele. Poprawiny”, przedstawienie zainspirowane dziełem Wyspiańskiego, a wyreżyserowane przez Marcina Libera w Polskim Teatrze Tańca. W obydwu spektaklach pojawia się gwałtowna krytyka polskiego społeczeństwa. W obydwu w celach prześmiewczych wykorzystano rubaszne przyśpiewki weselne. A jednak porównując obydwa przedsięwzięcia, muszę przyznać, że spektakl Klemma jest bez porównania bardziej udany.

Jeżeli chodzi o publicystyczny wymiar wałbrzyskiego „Wesela”, to mój zachwyt jest znacznie mniejszy. Diagnozy postawione przez reżysera wydają się płytkie i jednostronne. Aby naprawdę zmierzyć się z prześladującymi nas upiorami, musielibyśmy przywołać znacznie więcej zjawisk społecznych czy politycznych. Nie zmienia to faktu, że Klemmowi udało się stworzyć dzieło nader spójne i przykuwające uwagę. Jego współpracownikom – skonstruować wartościowe sfery: plastyczną, muzyczną i choreograficzną. Aktorom zaś – unieść niełatwą formę tego przedstawienia.

Stanisław Wyspiański WESELE, reżyseria: Wojtek Klemm, Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, premiera: 29 listopada 2019