Obecność Iwony nie zachwyca dworu królewskiego, a widoczność jej defektów sprawia, że każdy przypomina sobie swoje grzeszki, braki i niedoskonałości, przez co na dworze zaczyna panować niepokój.

Grzegorz Jaremko, reżyser Iwony, księżniczki Burgunda Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha, ukazał historię Iwony bardzo oryginalnie.

Już początek zapowiadał niezwykłość. Król Ignacy wychodzi do publiczności oczekującej przed Salą Kameralną, robi sobie zdjęcie z ludem, macha banknotem pięciusetzłotowym, zaprasza na przyjęcie. Zgromadzeni wchodzą, zasiadają w fotelach, zajmują miejsca na schodach, na scenie, nawet przy drzwiach. Jest tłoczno, niektórzy stoją w wejściu, niektórzy siedzą na krzesłach ustawionych na scenie. W powietrzu dym nie pozwala dojrzeć wszystkiego, co jest na scenie. A tam rekwizyty, kilka różnobarwnych świetlówek, podesty z płyty wiórowej i okrągłe lustro, statywy, mikrofony. I aktorzy – kobieta leżąca na podłodze, inne siedzące w prowizorycznych fotelach, mężczyźni siedzący i stojący w głębi. Wszyscy przyglądają się wchodzącym… Aktorzy nie ukrywają tego, że publiczność jest obecna. Nawiązują z nią kontakt do końca spektaklu. Książę Filip nawet staje się na jakiś czas jednym z widzów.

Jedną z najbardziej tajemniczych postaci jest ubrana w połyskujący strój kobieta, która tanecznym krokiem przechadza się wokół sceny. Zmusza do zastanowienia. Czy to alter ego Iwony, czy to może jedna z bohaterek, Iza, a może to personifikacja grzeszków, o których myślą wszyscy obecni? Podczas rozmowy z artystami po spektaklu rozszyfrowujemy zamysł reżysera. Ta postać symbolizuje karasia, rybę, która stała się przyczyną tragedii.

Spektakl był intrygujący. Dla wielu widzów szokujący i gorszący ze względu na nagość aktorów, a dla wielu najciekawszy spośród dotąd widzianych. Mimo że niełatwy, to na długo pozostanie w pamięci.

 

Magdalena Karasek

Festiwalowa – Gazeta Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego