Wałbrzyska „Iwona, Księżniczka Burgunda” i niegombrowiczowski spektakl „Jestem” z radomskiego Teatru Powszechnego – tak w skrócie można opisać piąty dzień Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego w Radomiu.

„Iwona, Księżniczka Burgunda” w reżyserii Grzegorza Jaremki, na Festiwalu Gombrowiczowskim w Radomiu, zaprezentowana została na Scenie Kameralnej. Okazała się być nieco inną interpretacją pierwszego dramatu Gombrowicza, w której tytułowa bohaterka nie była, jak to określił autor, „kozą ofiarną”, tylko oprawczynią. Iwona (Sara Celler-Jezierska) u Jaremki nie była rozdygotaną, wyróżniającą się od reszty istotą, tylko kobietą stanowczą, mającą, na przykład, odwagę pocałować Innocentego i powiedzieć mu z pełną odwagą „won!” i również przyznawać się do związku z Księciem Filipem (Jakub Sasak). Ten z kolei w wałbrzyskiej produkcji został sprowadzony do minimum. Jest postacią drugoplanową. Na scenie dominuje para królewska (Rozalia Mierzicka i Włodzimierz Dyła) wraz z Szambelanem (Dariusz Skowroński). Niestety Grzegorz Jaremko, dla którego „Iwona,…” była debiutem, niedostatecznie ocenił znaczenie postaci Księcia dla treści dramatu i ze szkodą dla Jakuba Sasaka, drastycznie ograniczył jego obecność w spektaklu, gdzie Sasak był bez wątpienia jedną z najciekawszych postaci.

Warte uwagi okazały się scenografia i kostiumy zaprojektowane przez Rafała Domagałę, gdyż zamek i rodzina królewska kojarzyły się raczej z biedą i bylejakością – podłoga wykonana z płyty paździerzowej i ubrania z second-handu. Jeśli chodzi o tekst Gombrowicza, został on znacznie przeedytowany i skrócony. Dramaturg, Tomasz Jękot, zdecydował się wykreślić z dramatu wiele ważnych treści, przez co widz w zasadzie nie miał możliwości zasmakowania kunsztu pisarza – nie mógł dostrzec paralelności między związkami poszczególnych bohaterów, nie był w stanie odróżnić od siebie Cypriana, Cyryla i Innocentego (w tej inscenizacji grał ich jeden aktor – Czesław Skwarek.), a nawet nie zagłębić się w pojęcie charakterystycznego „iwonowego kółka”.

„Iwona, Księżniczka Burgunda” Grzegorza Jaremki nie porywa. Gombrowicz w tej inscenizacji zwyczajnie nie wybrzmiewa, można nawet stwierdzić, iż jest zbyt mało Gombrowicza w Gombrowiczu. Jednakże taki spektakl również jest potrzebny, ponieważ widz radomski wychowany na 25 latach festiwalowego bycia z Gombrowiczem powinien mieć kontakt z wieloma różnorodnymi interpretacjami.

„Iwona,…” jest zatem prawdopodobnie największym zaskoczeniem festiwalu, ze uwagi na kompletnie nowe, nieoczekiwane, nieoczywiste i niepełne odczytanie tego wspaniałego dramatu.

Iwona – niekoniecznie – Księżniczka Burgunda

Jan Gruca

Dziennik Teatralny Radom