Cezary Tomaszewski wystawił „Instytut Goethego” – „Cierpienia młodego Wertera” wracają tu jako… pełen czarnego humoru miłosny kryminał. Odjechany teatralny pomysł na wałbrzyskiej scenie staje się nie tylko możliwy do realizacji, ale i jakby całkiem oczywisty.

W spektaklu Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu tajemniczy pan Goethe zaprasza szereg gości na zamek w Książu pod Waldenburgiem (to dawna niemiecka nazwa Wałbrzycha). Na osobliwe wydarzenie kulturalne przybywają osobliwe figury. Pani Leere („pustka”), doktor Weltschmerz, pan Sturm („burza”) czy generał Und Drang („i napór”) mają wspólnie czytać słynną powieść w listach, opowieść o losie jednego z najsłynniejszych tragicznych kochanków.

Reżyser Cezary Tomaszewski łączy surrealistyczny humor i awangardową sceniczną wyobraźnię z teatralnymi starociami i klasyką tzw. muzyki poważnej w zgoła niepoważnych scenicznych wykonaniach. Jego największym w ostatnim czasie hitem był spektakl „Cezary idzie na wojnę”. Reżyser pieśni ze śpiewnika domowego Moniuszki umieścił wtedy tuż obok swojej (rzekomej) korespondencji z wojskową komendą uzupełnień, dodał współczesną choreografię i refleksję nad płcią w patriotyczno-batalistycznej tradycji.

Werter na trzeci sposób

W ostatniej dekadzie od różnych stron za mit Wertera zabierali się w polskim teatrze m.in. Michał Borczuch i Magda Szpecht z Aleksandrą Jakubczak. Pierwszy zrobił w Starym Teatrze głośne przedstawienie o melancholii i neurozie („Werter”, premiera w 2009), Szpecht i Jakubczak – w lubelskim Teatrze im. Osterwy instalację „Czemu do ciebie nie piszę” (2016), m.in. o tęsknocie za naiwną, młodzieńczą wrażliwością.

Cezary Tomaszewski – ur. 1976 r. Przekorny reżyser, choreograf, performer, muzyk. W inscenizacji ”Wesołej wdówki” w Austrii obsadził polskie sprzątaczki, teraz w barze mlecznym na Grodzkiej serwuje Monteverdiego, a potem -Mendelssohna w Lasku Wolskim

Nowe przedstawienie Tomaszewskiego stawia książkę Goethego w jeszcze innym świetle. W „Instytucie Goethego” akcja „Cierpień młodego Wertera” istnieje w nagłych rozbłyskach – pojawiających się znienacka scenach miłosnych, gdy sceniczne postaci zaczynają nagle mówić Goethem (choć nie ma tu roli Wertera czy Lotty), jakby mamrotana wcześniej pod nosem przez uczestników zamkowego zjazdu powieść Goethego ich opętywała. „Instytut Goethego” oprócz serwowania widzom sporej dawki nieco absurdalnej, teatralnej zabawy chce stawiać pytanie: jak i na ile to, jak kochamy, czego oczekujemy od romansu czy związku, ukształtowane jest przez kulturę?

Czy kultura robi nam w ten sposób krzywdę? W przedstawieniu Tomaszewskiego wraca zdanie, które Gustaw z „Dziadów” Mickiewicza krzyczy z wyrzutem do unickiego księdza, dawnego nauczyciela: „Ty mnie zabiłeś! Ty mnie nauczyłeś czytać”. Niemiecka książka występuje zresztą bezpośrednio w polskim narodowym dramacie w pytaniu „Znasz ogień i łzy Wertera?”. U Tomaszewskiego wraca też zdanie z przedmowy „Cierpień….” – by dla samotnych książka była „przyjacielem”, sztuka i fikcja – uczestnikiem emocjonalnej relacji.

Jeden z nas jest mordercą

Pomysł na strukturę scenariusza „Instytutu Goethego” (autorstwa Darii Kubisiak) zaczerpnięty jest z kolei ze słynnego kryminału Agaty Christie „I nie było już nikogo” – kolejni goście zamknięci w odciętej od świata rezydencji giną w tajemniczy sposób. Czy popełniają samobójstwo? A może morduje ich sam Goethe, podając się za jednego z uczestników spotkania? Nikt z nich przecież nie wie, jak ten słynny pan Goethe wygląda. „Jeden z nas jest mordercą” – stwierdzają zatem ekscentryczni bohaterowie. Zrazu zbyt wolno rozkręcająca się akcja nabiera tempa, a spektakl – początkowo anemiczny jak nazbyt egzaltowany kochanek – energii.

Kram z piosenkami

Jak to u Tomaszewskiego, sporo się w „Instytucie…” śpiewa – z pianistką Weroniką Krówką (w roli czarnej służącej, pani Gefühl, co znaczy „uczucie”) aktorzy wykonują utwory z wielowiekowego kanonu romantycznych hitów – od „Carmen” (rewelacyjne wykonanie) po „Last Christmas”.

Świetne role Sary Celler-Jezierskiej, Rafała Kosowskiego, Piotra Tokarza, Dariusza Skowrońskiego, Filipa Perkowskiego czy Dariusza Maja sprawiają, że najbardziej dziwaczny i odjechany teatralny pomysł staje się na wałbrzyskiej scenie nie tylko możliwy do realizacji, ale i jakby całkiem oczywisty. Scenografia duetu Bracia (czyli Macieja Chorążego i Agnieszki Klepackiej) – uroczo przerysowana, ostentacyjnie sztuczna, teatralna – stanowi dobrze dobraną scenerię dla tej brawury.»