Dama, która zawisła nad sceną Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, ma rysy pisowskiego ministra kultury Piotra Glińskiego. Z uśmieszkiem łączącym kpinę z samozadowoleniem przygląda się, jak awangardowy teatr rozpada się w pył.
Sytuacja jest paradoksalna – oto Szaniawski, teatr, w którym swoje pierwsze spektakle robili Jan Klata i Krzysztof Garbaczewski, gdzie Monika Strzępka z Pawłem Demirskim wystawiali swoje najsłynniejsze przedstawienia, sięga po klasyczną farsę Michaela Frayna. W dodatku „Czego nie widać” reżyseruje Paweł Świątek, kojarzony z teatralną awangardą. Co więcej, jest to najdłuższy spektakl w jego dotychczasowej karierze. Artysta, który nawet „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego potrafił zmieścić w 75 minutach, tym razem trzyma nas w teatrze przez trzy godziny. Szczęśliwie okazuje się, że potrafi w te klocki grać. Przez pierwsze dwie godziny precyzyjnie układa dramaturgiczne puzzle, żeby je koncertowo rozpieprzyć w finale. A przy tym wszystkim koniec końców okazuje się, że jednak da się farsę potraktować z powagą (co wcale nie wyklucza rozchichotanej widowni), użyć jej jako narzędzia pozwalającego powiedzieć coś istotnego.
O farsie u Szaniawskiego zrobiło się głośno na kilka dni przed piątkową premierą, kiedy portal e-teatr.pl opublikował towarzyszący jej tekst Sebastiana Majewskiego, szefa artystycznego wałbrzyskiego teatru. Majewski pisze w nim o kryzysie, jaki dotknął teatralną awangardę w ostatnich latach, o twórcach, którzy pożerają własny ogon, o swoim własnym zmęczeniu zabieganiem o uwagę krytyków, o ich obecność na wałbrzyskich spektaklach. Zadaje pytanie, co dziś jeszcze można odkryć w teatrze, kiedy większość trendów, które pojawiły się dekadę czy dwie temu w Wałbrzychu, jest dziś powielanych w całym kraju. „Mam dość spektakli publicystycznej i społeczno-politycznej mądrości, w których aktor – podmiot niesie tekst, najlepiej z Le Monde Diplomatique” – pisze. – „I nie chce mi się słuchać o nowych przestrzeniach i że to będzie mocne, że zagramy w nieczynnym dworcu czy na gruzowisku po dawnej fabryce, bo przecież nasze wartości są w gruzach i to będzie taka dobra synekdocha. I jeszcze niech ktoś chodzi z kamerą i to wszystko rejestruje, najlepiej z ręki. A aktor niech improwizuje, oczywiście bez majtek i w sztucznej krwi i przodem do widowni. Najlepiej aktor męski”. I jeszcze: „Szukam cały czas ojcobójców, a dostaję konserwatystów. Szukam awangardy, a znajduję odgrzewane kotlety”.
Część środowiska poczuła się urażona, zarzucając Majewskiemu nieznośny egocentryzm, a przede wszystkim lekceważenie dokonań Dramatycznego z okresu, kiedy za jego linię artystyczną odpowiadali inni dyrektorzy. Inni bronili jego prawa do wyrazu rozczarowania stanem współczesnego teatru. Ale żeby lekiem na tę depresję miała być farsa? Przecież farsy grają sceny jak Polska długa i szeroka, zarówno te publiczne, jak prywatne, wożąc sklecone naprędce komedyjki w celebryckiej obsadzie po całym kraju! I nie słychać jakoś dotąd o jakichś wykraczających poza komercję sukcesach tych niemiłosiernie eksploatowanych przedsięwzięć. Farsy to doskonałe maszynki do zarabiania pieniędzy w teatrze. Nie wymagają skomplikowanej scenografii (wystarczy kilka par drzwi, jakaś sofa, tradycyjny telefon z drutem), kilkoro aktorów, sprawdzony tekst, reżyser, który przypilnuje, żeby zespół nauczył się tekstu, i już można łapać widzów, którzy w teatrze przede wszystkim chcą się zrelaksować. Tylko „Czego nie widać” od 1985 r., kiedy prapremierowo zagrał ją wrocławski Współczesny, była wystawiana w publicznych teatrach 42 razy. Na czym ma więc polegać rewolucja i czy w ogóle można o niej mówić?
„Czego nie widać” pokazuje nam teatr w teatrze. Podglądamy pracę nad przedstawieniem, gotowy spektakl, tyle że od kulis, i wreszcie jeden z ostatnich pokazów, w którym wszystko się sypie, a misterna gatunkowa konstrukcja chyli się w stronę komedii slapstickowej.
I jak to wygląda u Świątka? Niby jesteśmy na brytyjskiej prowincji, ale tak naprawdę w Wałbrzychu. W kulisach wiszą plakaty do klasycznych już spektakli Dramatycznego, „Niech żyje wojna!!!” Strzępki czy „Gwiazdy śmierci” Krzysztofa Garbaczewskiego. Reżyser (Mateusz Flis), u Świątka upozowany na Pawła Demirskiego albo Radosława Rychcika, jednego z niedawnych młodych gniewnych, wpadł do tego Wałbrzycha na chwilę, bo zaraz wraca do stolicy, żeby brać się za bary z Szekspirem (konkretniej z „Ryszardem III”, co w kontekście wrocławskich potyczek o Teatr Polski nabiera dodatkowych znaczeń). Wdaje się w podwójny romans z głupiutką aktoreczką Brook (Angelika Cegielska) i asystentką Poppy (Joanna Łaganowska). Jeden z aktorów (Michał Kosela) nie rozstaje się z butelką, inny (Rafał Kosowski) rywalizuje z kolegą z obsady (Czesław Skwarek) o względy miejscowej gwiazdy (Irena Wójcik), Belinda (Dorota Furmaniuk) chciałaby wszystkim przychylić nieba, cóż, kiedy spektakl się nie klei.
Pierwszy akt to klasycznie, precyzyjnie, z lekkim przerysowaniem zagrana farsa. Frayn powinien być zadowolony. Świątek dba o tempo, przegania aktorów po schodach w górę i w dół, a każde z ośmiorga drzwi zaprojektowanych przez Marcina Chlandę i opatrzonych emotikonowymi symbolami trzaśnie przynajmniej kilka razy. Nie ma tu psychologizowania, jest czysta forma, precyzyjnie skonstruowany mechanizm, w którym najmniejsze potknięcie skutkowałoby kompletnym rozstrojeniem. Co stałych widzów Szaniawskiego wprawia w rodzaj konfuzji – śmiejemy się, owszem, do rozpuku, ale jakoś nam z tym śmiechem mało komfortowo. Nie do takiego teatru przywykliśmy w tym miejscu. Na przerwę wychodzimy wygłupieni – no bo jak to? To ma być to? Tylko tyle? Było się po co tłuc do Wałbrzycha? Owszem, można w tekście Frayna zobaczyć krzywe zwierciadło każdej sceny, choćby i tej współczesnej, ale odbija ono przede wszystkim stereotypy i schematy, nie pokazując nic odkrywczego.
Pęknięcie pojawia się między drugim aktem, kiedy wiemy już, że trafiliśmy na zaplecze wałbrzyskiej sceny, a trzecim – podsłuchujemy wówczas rozmowy aktorów Szaniawskiego. Słychać narzekania na mordęgę związaną z graniem farsy („Straciłam chyba z pięć kilo!” – mówi jedna z aktorek), na nędzne stawki i życie w długach. Są wątpliwości, czy widz skuszony farsą łyknie z czasem i poważniejszy repertuar. A potem, w ostatnim akcie, nad sceną zawisa „Dama z gronostajem” z twarzą Piotra Glińskiego, który patronuje finalnej rozpierdusze. Wisi jak wyrzut sumienia, jak portret sprawcy, który aktorów zamienił w perfekcyjnie zaprogramowane marionetki, sprawiając, że zejście do podziemia równa się dziś wystawianiu fars, z których część widowni będzie wyławiać środowiskowe i polityczne aluzje, pozwalając pozostałym pękać ze śmiechu. Bo na tym też polega prowokacyjny gest Świątka, że sięga po farsę bez obciachu i wstydu. Pokazuje, że można z pożytkiem bawić się teatrem, pod warunkiem że robi się to dobrze. A jeśli się uda to zrobić dobrze, będzie i mądrze albo przynajmniej niegłupio. „Nie świruj, idź do teatru” – taki plakat kusi nas przy drodze między Świdnicą a Wałbrzychem. Czasem warto iść do teatru i pozwolić mu ześwirować!

Po premierze w Wałbrzychu. Farsa z ministrem i gronostajem
Magda Piekarska
Gazeta Wyborcza – Wrocław
21 czerwca 2019